32 obserwujących
222 notki
151k odsłon
  1049   0

Nowy Rok z przytupem

Samo wspomnienie tego gigantycznego stresu, bezsilności i załamania bałaganem, pomieszaniem wszystkich rzeczy i sytuacją, która całkowicie wymknęła się spod kontroli sprawia, że się znowu denerwuję. To było straszne. Po przejechaniu do nowego mieszkania nie było lepiej, bo rzeczy musiały być jakoś wepchnięte na nieco tylko większą niż dotychczasowa przestrzeń, za to bez mebli, bo te stały złożone pod ścianami i na środku. Całą resztę okolicy zajmowały torby, pudła, worki. Stały nawet na klatce schodowej na parterze… A do złożenia szaf też potrzeba było trochę miejsca!… Pierwszego wieczoru cudem udało nam się rozłożyć łóżko, żeby w ogóle pójść spać. Gdyby mama nie miała anginy, rzucilibyśmy wszystko i pojechali na noc do rodziców, ale tak to nawet ta opcja była niemożliwa do zrealizowania…

Nawet nie zauważyłam Adwentu. Najpierw był wir pakowania, organizacji, kolejne nieudane podejścia do załatwienia tego spokojnie i logicznie, kolejne załamki. A potem był wielki stos rzeczy w nowym, nieurządzonym mieszkanku, które udało się odmalować… I tyle. Lodówka stojąca w kuchni była rozmiaru turystycznego. Wiedzieliśmy, że jest do wymiany. Wymieniliśmy też piekarnik, szczęśliwie do poprzedniego mieszkania kupiliśmy własny, całkiem niezły, ale taka zamiana piekarników to była dodatkowa zabawa z wożeniem, noszeniem, przyłączaniem. Do tego kiedy po kilku dniach (od razu i tak się nie dało) uruchomiłam pralkę, wyjęłam z niej zimne i niedoprane rzeczy. Zepsuta grzałka, po bliższych oględzinach okazało się, że starego i skorodowanego rzęcha nie warto naprawiać. Właściciel naszego mieszkania, człowiek mądry, wiedział, że wyposażenie dogorywa i nie robił nam żadnych wyrzutów, ale znów: załatwianie pralki, czekanie na nią w rosnącej górze brudnych ubrań. Rzuciliśmy to wszystko i wyjechaliśmy na święta do rodziny, do Gdańska.

Sytuacja w tamtych stronach była całkiem inna, ale generalnie rzecz biorąc, wcale nie lepsza. Niestety, dla niektórych gorsza. Myśmy się tylko w totalnym chaosie przeprowadzali i nie dali rady przeprowadzić do końca (zwożenie rzeczy ze starego mieszkania skończyliśmy… W zeszłym tygodniu, a spora część pakunków wciąż tkwi u moich rodziców w piwnicy). A bratu mojego Męża i jego rodzinie w Gdańsku, gdzieś w połowie listopada, spalił się dom. Wszystko, co mieli. Udało im się wyjść z domu całym (rodzina z piątką dzieci, najmłodszy miał 9 miesięcy). Wprowadzili się do rodziców mojego Męża i mieścili się w 7 osób w jednym pokoju. Ruszyła akcja pomocowa, zbiórka pieniędzy, rzeczy. Pomoc płynęła hojnie, ale rzeczy trzeba było przebierać, składować. Spalony dom trzeba było sprzątać, zabezpieczać. Do tego ojciec rodziny musiał przecież pracować. Dostali w ramach pomocy mieszkanie, gdzie mogli się przenieść na czas odbudowy domu, ale to mieszkanie też trzeba było przygotować do zamieszkania. Samochód im się zepsuł. A potem zaczęli po kolei chorować: dzieci, rodzice, ich rodzice – a moi teściowie, jeszcze siostra mojego Męża i dzieci siostry. Jakimś cudem udało się to względnie opanować. Brat Męża z rodziną wyprowadził się do nowego lokum gdzieś 19. grudnia.

Dwa dni później przyjechała babcia, a jeszcze następnego dnia – my. I to tylko dlatego, że w całkowitej bezsilności opóźniliśmy nasz przyjazd o dzień, dopłacając drugie tyle do okazyjnie kupionych biletów miesiąc wcześniej… Nie byłam w stanie być gotowa na czas. Nie byłam w stanie zrealizować jakiegokolwiek planu.


W takiej oto sytuacji: chorzy, w zupełnie nieprzygotowanym „świątecznie” domu, ledwo ogarniętym po wierzchu, bez czasu i sił na gotowanie, pieczenie, sprzątanie, szykowaliśmy się w tym roku do Wigilii. I znów pomoc spłynęła obfita, ponad potrzeby. Chociaż Wigilia i Święta nie były „takie jak zwykle”, a z tradycyjnych potraw były pierogi z ziemniakami lepione przez babcię (tak chciałam towarzyszyć jej w tej pracy… A za każdym razem, gdy byłam gotowa do roboty, potrzebowała mnie Córeczka i nie ulepiłam tego roku ANI JEDNEGO pieroga. Ani uszka nawet!), ulubione uszka mojego Męża, barszcz, bigos, ryba po grecku. Chyba się nie pomylę twierdząc, że cała reszta jedzenia była z darów od dobrych ludzi.

Cały mój wkład w szykowanie świąt w tym roku, to było pilnowanie Malutkiej, jako takie ogarnianie naszych rzeczy i nadzorowanie ubierania choinki. Ha! Zero sprzątania i gotowania… jak nigdy! Od kiedy pamiętam – takich Świąt nie miałam. I nawet mieliśmy w tym totalnym rozgardiaszu chwilę czasu dla siebie z moim Mężem. Byliśmy na Jarmarku świątecznym, odwiedziliśmy przyjaciół, Chrzestnego mojego Męża, Chrzestna potem wpadła do nas. Co ciekawe, udało nam się zobaczyć z prawie każdym z członków rodziny mojego Męża, która jest prawie tak liczna jak moja… To był dobry, rodzinny czas, choć ze sporym dodatkiem stresu, chaosu i chorób. Aż dziwne, że nasza Malutka nic przez ten czas nie załapała. Wróciła do domu równie zdrowa, co wyjechała, no może miała lekki katarek. Niestety, najmłodszy syn brata mojego Męża najgorzej przeszedł chorowanie: tuż przed świętami trafił do szpitala i zatrzymali go tam na całe święta. Brat Męża i jego żona wymieniali się w szpitalu, dzieciaki spędziły z mamą wszystkiego trzy godziny Wigilii... Trudno pojąć, dlaczego spadło na nich tak wiele trudnych wydarzeń naraz…

Lubię to! Skomentuj15 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości