Baśń o dzielnym rycerzu Gotfrydzie, pięknej pannie Judycie i złym magu Absywiuszu
Rycerz zastanawiał się, siedząc na progu swojej chatki i rzeźbiąc figurki dla dzieci odźwiernego, w jaki sposób tak szybko minął czas jego zakładu z magiem. Trochę żal było mu opuszczać izdebkę, w której przebywał tyle czasu, w której wszystko było jego dziełem, świadectwem jego pomysłowości i zaradności. Z drugiej strony ogromnie cieszył się na spotkanie z Judytą, choć wcale nie był pewien, czy jego plan przyniesie pożądany skutek i sprawi, że mag zastanowi się nad swoim życiem, a zadanie powierzone mu przez dziewczynę zostanie wypełnione. Odcięty przez rok od wsi, miasteczka, zamku, ludzi, nie miał pojęcia, co się działo w świecie i w zamku. Jego życie wyglądało zupełnie inaczej, było spokojne, ustabilizowane i wypełnione pożyteczną pracą, ale nie wiedział, co mówią i myślą o nim inni. Uspokoił się myślą, że to już ostatnie dni i zajął się pakowaniem plonów, które zostały z jego gospodarowania oraz rzeźb i zabawek, które stworzył dla znajomych w podziękowaniu za pomoc.
W końcu zapadł zmierzch ostatniego dnia, który rycerz miał spędzić na osobności. Gotfryd schylił się, podniósł z ziemi pakunek i załadował na wóz. Obejrzał się i ostatni raz powiódł spojrzeniem po znanych mu zabudowaniach, które przez długie dwanaście miesięcy były całym jego światem, jego domem i schronieniem. Nie wiedział, co zastanie w zamku. Jechał na spotkanie nieznanego, ale postanowił stawić mu czoło jak zawsze śmiało i zdecydowanie.
Już z oddali dostrzegł, że w zamku jest wielki niepokój. Złapał za ramię spieszącego gdzieś kmiotka i spytał:
- Czy wiesz, czemu w zamku takie poruszenie?
- Wiem, panie! Wszyscy się teraz strasznie martwią! Panna Judyta jest bardzo chora, nie wiadomo, czy przeżyje…
Rycerz zachwiał się i o mało nie spadł z konia. Pociemniało mu w oczach. Judyta chora, umiera… A on nic nie wie… Co się stało, dlaczego chora, co robić? Uspokoił się szybko i spytał jeszcze:
- Czy wołano lekarzy, czy próbowano każdego ratunku?
- Tak, panie. – Wieśniak zobaczył ból malujący się na twarzy rycerza i odszedł, nie mówiąc już ani słowa. Gotfryd zawołał na konia i pogalopował do zamku, zostawiając wóz załadowany rzeczami na środku drogi.
Dojechał do zamku i pobiegł prosto do komnaty Judyty. Nie widział wokół siebie zmartwionych twarzy, nie czuł smutku unoszącego się wokół: biegł, by ją zobaczyć, nim będzie za późno. Zatrzymał się przed samymi drzwiami i pchnął je delikatnie. Nawet się nie zdziwił, widząc w komnacie Judyty maga. Spytał tylko:
- Czy żyje jeszcze?
- Tak, ale to ostatnie chwile…
Klęknął przy jej łożu i spojrzał w kredowo białą twarz. Wyglądała nierzeczywiście, jakby jedną noga była po drugiej stronie… Rycerz otrząsnął się z ponurych myśli, czując w trzymanej dłoni słabe bicie serca. Chciał pozostać przy niej, ale podbiegł do niego odźwierny i pomógł mu wstać z kolan, mówiąc:
- Panie, przeżyłeś szok. Pozwól, niech ci pomogę… Usiądź tu przy stole, a ja przyniosę coś do picia, byś się pokrzepił… - Z tymi słowy wyszedł z komnaty, w której pozostało dwóch ludzi, którzy niedawno byli wrogami, a teraz zostali złączeni jednym nieszczęściem. Mag wstał i zaczął krążyć po pokoju, więc rycerz wstał również, by obserwować każdy ruch maga.
Po chwili milczenia Absywiusz odezwał się do Gotfryda.
- A więc przeżyłeś… A ja przegrałem zakład…
- Tak, ale to nie ma znaczenia.
- Tak, to nie ważne, bo Judyta umiera. – Powiedział mag, a na jego twarzy pojawiły się pierwszy raz ludzkie uczucia. Była to rozpacz i ból. – A ja dopiero teraz zrozumiałem… Za późno!… Jak bardzo jej potrzebuję. Jak bardzo jest mi droga. Ja… Ona… Ona jest tak bardzo podobna do swej matki. Tak samo piękna i dobra. Ja ją odtrąciłem, znienawidziłem, a teraz… Czuję się, jakbym tracił swą córkę jeszcze raz. Dopiero teraz wiem, jak bardzo Judytę kocham… Tak, jak kochałem swą córkę…
Gotfryd słuchał maga, na początku nie wiedząc, co on mówi. Nie wierzył, że to ten sam człowiek, który go wypędził, który wszystkie swe ziemie i swych ludzi zatruł nienawiścią, który nie chciał znać swej wnuczki, mówi teraz o miłości do niej… Patrzył na Absywiusza nic nierozumiejącym wzrokiem i nie był w stanie powiedzieć słowa.
- Ty milczysz! – Krzyknął mag z rozpaczą. – Nie umiesz mi wybaczyć, i słusznie, bo nie zasłużyłem na wybaczenie. Skrzywdziłem was wszystkich, ciebie też, a ją najbardziej! A ona próbowała mi pomóc i uratować to, co we mnie zostało ludzkiego. Ty nie wiesz, ale ja wiem. Gdy pierwszy raz poczuła się źle i położyła się do łóżka, majaczyła. I krzyczała przez sen. Krzyczała o złych siłach, które nie dają jej żyć, które ją więżą ze wszystkich stron, które ją zabijają. Płakała, że nie może się ich pozbyć, choć próbuje, ze nie może ich zwalczyć. Płakała za tobą, mówiła, że… Że tęskni… Że cię kocha… Słyszałem ją nawet ze swej dalekiej, skrytej komnaty. Słyszałem jej płacz, po raz pierwszy do mnie dotarł. I przyszedłem tu i… Znalazłem tu moją Księgę Czarów, która zaginęła jakiś czas temu…
Rycerz słuchał najpierw z jakimś otępieniem, potem z bólem, a gdy usłyszał, że ona go kocha, siły opuściły go zupełnie i opadł na krzesło. Ale wzmianka o Księdze Czarów zaniepokoiła go i dodała mu sił. Zerwał się na nogi i spytał z dziwną energią.
- Księga Czarów zaginęła? I znalazła się u Judyty? Co to znaczy?
- Gotfrydzie… Ona była otwarta na zaklęciu odczyniającym złe uroki i odganiającym złe duchy. Bardzo trudne i złożone zaklęcie, skomplikowana mikstura do rozlania w odczynianym terenie – jak dużo tego potrzeba, by oczyścić tak duży teren, jak ten zamek i jego okolice? A Judyta postanowiła o zrobić. I robiła. Widziałem w jej komnacie ślady jej działań. Reszty roślin, srebrny nóż, kociołek do mikstury… Wzięła to wszystko ode mnie, nie bała się zakraść do mojej komnaty, choć ja byłem pewien, ze nikt się na to nie zdobędzie! I ona zaczęła odczarowywać wszystkie złe rzeczy, które ja stworzyłem… Nie masz pojęcia… Ja mam… Jak wiele wymagało to od niej wysiłku, ile zabiegów i działań w ukryciu, bez żadnej pomocy… A odczarowywanie potężnych zaklęć wyczerpuje bardziej niż ich rzucanie… I jeszcze martwiła się przepisem, ostatnim składnikiem mikstury: oddaniem części swojego serca. Nie wiedziała jak to zrobić. Ale zaklęcie zaczęło działać i samo wyciągnęło z niej jej kochające serce… I teraz ona – umiera…
Po tych słowach zapadła straszna cisza, która spowiła ich niczym śmiertelny całun. Rycerz bał się uczynić najmniejszy ruch, a mag patrzył na niego oczyma rozszerzonymi przerażeniem. Nic nie mogli zrobić. Mogli tylko czekać na nieuniknione. I cierpieć razem ten sam ból, czuć tę sama rozpacz. Od tamtej chwili rycerz czuwał przy niej bez przerwy, prawie nie jadł, a kiedy musiał spać, pozostawiał na straży maga. Judyta leżała cicho i gasła w oczach. Już nie rzucała się w łóżku, nie krzyczała. Wyglądała jakby spała, ale ten sen nie był zdrowy. Nie dodawał jej sił.
Wszyscy mieszkańcy zamku i wsi okolicznych przejęli się bardzo chorobą panienki. Wszyscy, którzy ją poznali, już ją kochali, a ci, którzy tylko o niej słyszeli, zaczynali ją kochać, słuchając opowieści o jej dobroci, mądrości i piękności, o tym, jak każdemu pomagała, nikim nie gardziła i robiła wszystko, by uratować swego dziadka, który jej nienawidził tak długo i naprawić wszystko, co on zniszczył.
W okolicy zaczęły się dziać niespodziane rzeczy. Ludzie zaaferowani śmiertelną chorobą Judyty nie oddawali się pracy z takim zapałem jak dotąd, a jednak ziemia rodziła jeszcze więcej owoców, a kwiaty rosły jeszcze szybciej. Z lasu znikły groźne zwierzęta, a coraz częściej słychać było śpiew ptaków. W zamku nikt się z nikim nie kłócił, wszyscy współpracowali. Sprzęty zdawały się błyszczeć mocniej niż po największym szorowaniu, kurze same się rozwiewały, a z kątów znikły cienie. Ludzie mieli w sercach smutek i ból, ale nie mieli nienawiści i rozgoryczenia. W to miejsce zaś powoli wkradała się nadzieja.
Nadzieja wstąpiła też w rycerza, gdy zobaczył na twarzy Judyty słabe rumieńce. Zawołał maga, by szybko przybiegł do jej komnaty i obaj byli świadkami tego, że dziewczyna otworzyła oczy i uśmiechnęła się do nich, widząc ich stojących obok siebie.
- Gotfrydzie… Dziadku… Jak to dobrze, że jesteście tu… Obaj… - po czym zamknęła oczy i zapadła w sen, który nareszcie przywracał jej siły i zdrowie.
W zamku i we wsiach okolicznych zapanowała wielka radość. W sercach ludzi i w domostwach nie było już żadnych złych sił, które zatruwałyby życie mieszkańcom. Kiedy pojawiały się kłótnie, ludzie od razu się godzili, ustępowali sobie nawzajem i żyli w zgodzie. Mag osobiście zaczął pracować i udzielał wszystkim rad, ponieważ był najmądrzejszym człowiekiem w okolicy. Na zaklęte tereny powróciły radość, dobrobyt, a ludzie byli szczęśliwi i dobrze im się powodziło. Rycerz ożenił się z Judytą i mieszkał w zamku, sprawując pieczę nad sprawiedliwym i dobrym funkcjonowaniem wsi i zamku. Uczył się od maga jego mądrości, korzystał z jego doświadczenia. Razem rozwiązywali problemy, które dla każdego z osobna byłyby ponad siły. A gdy magowi urodziło się pierwsza prawnuczka, w okolicy zapanowała jeszcze większa radość i ogłoszono święto. Poświęcenie Judyty odkupiło błędy maga, zło odeszło i zostało zastąpione dobrem, które wypełniało ludzkie serca i wywoływało na ich twarzach uśmiech.
I wszyscy: Gotfryd z Judytą, mag, odźwierny i jego rodzina, ludzie ze wsi i miasta, żyli długo i szczęśliwie, wchodząc z nadzieją w każdy kolejny dzień.
Komentarze
Pokaż komentarze (10)