Sosenko, prosiłaś o dłuższy opis targu. Spróbowalam. Czy ten ci się podoba?
To, co wrzucam dziś, to interludium do kolejnego kawałka, który mam nadzieję, będzie w poniedziałek lub we wtorek.
Pozdrawiam wiernych fanów :)
Dalsze ilustracje też powstają.
Baśń o dzielnym rycerzu Gotfrydzie, pięknej pannie Judycie i złym magu Absywiuszu
Dzięki swej wytężonej pracy na polu Gotfryd zebrał wspaniałe plony. Wiedział, że sami – on, Judyta i rodzina służącego – nie potrzebują tyle dobra. Dlatego wyjechał z zamku, chcąc sprzedać zboże, warzywa i owoce na targu w najbliższym mieście. Dowiedział się od wnuczki maga, że miasto jest oddalone o pół dnia drogi dla pieszego. Miał nadzieję, że konno dojedzie trochę szybciej. Pożegnał się ze wszystkimi i wyruszył, obiecując, że wróci najpóźniej za parę dni.Jechał przez las, rozkoszując się pięknem poranka. Ten dzień był bardzo podobny do tego, w którym po raz pierwszy zobaczył Judytę wśród drzew. Ptaki śpiewały radośnie, słońce świeciło, a ciepło i szczęście wypełniały rycerza od stóp do głów. Wiedział, że jeszcze dużo pracy mu zostało, ale czuł, że z dziewczyną u boku ta praca nie będzie ciężka. Odjeżdżając obejrzał się za siebie. Wszędzie wokół siebie miał zielone drzewa i krzewy, które rosły i kwitły, a za plecami, tam gdzie stał zamek maga, drzewa nie były piękne, tylko smutne. Robiły na człowieku przerażające wrażenie, odznaczając się czarną plamą na tle świeżej zieleni lasu. To miejsce było naznaczone przez złe moce. Rycerz westchnął ciężko i ruszył dalej przed siebie. Jeszcze nie wymyślił, jak wypędzić duchy z zamku i ziem do niego przylegających. Na razie robił wszystko, co mógł i żadne strachy mu nie przeszkadzały. Uznał to za dobry znak i postanowił nie wymyślać sobie dodatkowych zmartwień. Miał ich i tak zbyt dużo…
Tak rozmyślając dojechał do miasta. Był to właśnie dzień targowy. Na głównym placu tłoczyło się mnóstwo ludzi, sprzedających i kupujących. Było jeszcze rano, ale wśród tłumu ludzi było bardzo gorąco. Dlatego, nie zastanawiając się długo, rycerz przystanął i zdjął z konia ładunek. Rozłożył go na placu na wolnym miejscu, obok kobieciny, która wystawiła do sprzedaży gliniane naczynia. Uśmiechnął się do niej na powitanie a ona zaraz zgadała:
– Pan chyba nietutejszy?
– Skąd pani to może wiedzieć? – Spytał, trochę zaniepokojony.
– Panie, ja przecież oczy mam. Tu wszyscy swoi są, wiadomo, co kto sprzedaje i co kto kupuje, ale pan jesteś tu pierwszy raz. Wszak to ja zawsze ostatnie miejsce na targu zajmuję, za mną nikogo już nie ma. – W tym momencie spojrzała wymownie na warzywa i zboże przywiezione przez Gotfryda.
– To prawda, pierwszy raz będę sprzedawać warzywa na tym targu. Ale może mi pani wierzyć, że nie tracą one przez to niczego ze swej świeżości.
– Ja nic nie mówiłam przecież… – kobiecina próbowała cofnąć swoje poprzednie słowa. Rycerz spojrzał na nią w milczeniu, aż się spłoniła, a potem nie zwracał na nią uwagi, ponieważ przechodzący ludzie zaglądali często na jego stoisko. Kobiecina co jakiś czas zerkała w bok, z zazdrością obserwując zainteresowanie przechodzących zbożem sprzedawanym przez nieznajomego.
W tym samym czasie Gotfryd przyglądał się tłumowi z zaciekawieniem. Mimo wczesnej pory ludzie krzątali się, zajęci sprzedażą lub kupowaniem rozmaitych towarów. Wszędzie wokół było słychać nawoływania, pochwały sprzedawanych rzeczy. Na targu można było kupić wszystko – od stołu kuchennego po krowę lub konia. Ludzie z okolicznych wiosek co jakiś czas zbierali się na placu, by podzielić się z innymi owocami swej pracy. Tam, gdzie stały zwierzęta, unosił się charakterystyczny zapach i kłębił się kurz, który podnosił się z ziemi deptanej przez coraz to inne kopyta lub pazury. Tak, gdzie można było kupić ubrania lub ozdoby, wokół stoisk kręciło się wiele panien. Z drugiej strony przy kramach obłożonych narzędziami potrzebnymi do pracy w gospodarstwach zbierali się mężczyźni, dyskutując zawzięcie. Panowało ogromne zamieszanie, gwar i ścisk. Tłum ludzi przepływał przez alejki między kramami w jedną i drugą stronę. Tego dnia na targ przyjechała trupa teatralna, która bawiła Kmieciów swymi występami, wzmagając tylko panujący wokół hałas. Stoisko stworzone naprędce przez rycerza, mimo że położone z boku całego targu, cieszyło się niemałym zainteresowaniem. Cały zapas zboża, warzyw i owoców, który Gotfryd zabrał z gospodarstwa, rozszedł się w mgnieniu oka. Zboże, które sprzedawał, wydawało się ludziom lepsze niż zboże innych rolników, owoce bardziej soczyste, a warzywa bardziej pachnące. Wszyscy chcieli kupować jego kartofle i jego pomidory. Po dwóch godzinach rycerz opuścił plac targowy, mając w torbach zamiast warzyw i owoców złoto, a zamiast zboża – srebro. Rycerz nie wiedział, czy się cieszyć, czy nie: obawiał się, że sprawiły to jakieś nieznane mu czary, rzucone przez maga. W każdym razie sprzedał wszystko, co miał ze sobą, a pozostało mu dużo czasu. (...)
Komentarze
Pokaż komentarze (10)