33 obserwujących
222 notki
150k odsłon
  94   0

Pasja odkrywania

— Słuchaj, drzwi są otwarte. Idziemy tam?
— A zdążymy?... Zaraz się zacznie!...
— Coś ty, mamy jeszcze chwilę. Poza tym zawołają nas, jak będą zaczynać.
— No to chodźmy! Tylko tak, żeby nas nie zauważyli…

Salka parafialna pod kościołem. Prowadzą do niej wąskie, strome schody w dół; nad nimi skośny biały sufit, tak blisko, że nieomal można go dotknąć – teraz jak wyciągnę rękę – to go dotknę... Biała rura obok — poręcz, trzeba się trzymać, bo tam każdemu wydaje się, że zaraz spadnie, szczególnie małemu dziecku.
Salka parafialna — w niej stół przystrojony białym obrusem i kwiatami, wokół krzesła, obok stołu pulpit i krzyż. Wszystko gotowe do Liturgii. Dorośli siedzą i rozmawiają, a gdzie dzieci?... Dzieci znikły.

Przed salką jest jeszcze jedno pomieszczenie, jakby przedpokój. Tam są wieszaki na kurtki i szafa, i piecyk, i lustro nawet, a obok niego krzeszło, do tego stolik w kącie — tam zawsze leżały grzechotki. A obok — drzwi, a za drzwiami — tajemnica…

Nikt nas tam nie zapraszał, więc sama kiedyś zajrzałam… I szepnęłam przyjaciółce A.: “Chodź, zobaczymy, co tam jest!...”
Wemknęłyśmy się i — zobaczyłyśmy inny świat, który aż prosił się, by go odkryć: podziemia kościoła. Stare, zakurzone piwniczne pomieszczenia. Lochy.

Urok tajemnicy. To, co nieznane - groźne. Mroczne. Zadziwiające i zachwycające. To dopiero emocje!

Nie mam pamięci do szczegółów. Przed oczami mam tylko pojedyncze obrazy.

Pierwsze pomieszczenie rozległe, zacienione w kątach, zagracone. Niektóre rzeczy poznawaliśmy — o, to dekoracje z Jasełek! W głębi — podwyższenie, wnęka, dziura… A co w dziurze? Sprawdzimy!...
Na wprost, w samym środku labiryntu — piec. Najbardziej niesamowicie wyglądał, gdy było w nim napalone. Huczał i dymił i robił wrażenie naprawdę groźne, a poza tym był tak rozgrzany! W tym pomieszczeniu starsze dziewczyny – w tym ja – napominały młodsze dzieciaki, zeby były ostrożne, bo na piec trzeba uważać!

Od pieca można było przejść do kolejnych pomieszczeń, które zapraszały ziejącymi czarnymi dziurami zamiast drzwi. Wchodziliśmy tam po omacku. Powoli, wzdłuż ścian, ostrożnie, na ślepo. Co kryło się w kolejnym ciemnym korytarzu? Może szczury?... Albo pająki?!...

Najpierw odkrywałyśmy we trzy, ja i przyjaciółka A., z kumpelą A. Te najstarsze. A potem zaprosiły do tej ekscytującej zabawy resztę ferajny. Rodzeństwo młodsze nasze i ich, i inni przyjaciele, mnóstwo dziecierni szło odkrywać tajemnice i poczuć dreszcz emocji…

— Cicho bądźcie, bo nas tu znajdą i każą wracać!
— No nie pchać się tam!
— A chodźcie, zobaczcie tutaj, co to? Wygląda strasznie!...
— Kto tam wejdzie? ja nie mam odwagi!
— Nie przejdziemy dalej, nie ma podłogi!
— Ale jest deska!
— A kto pójdzie po desce? No? Ja się boję, jak jest spróchniała, wpadnę do dziury!
— Dobra, ja pójdę.
— To ja za tobą.
— A ja za tobą...
— To idziemy.
— Au!!!
— Ostrożnie!
— Nie pchaj mnie!
— Zaraz się wywalę!
— Aaa!
— Co “aaa”?
— Bo tam jest wielgachna pajęczyna… I się przestraszyłam.
— Pajęczyny się boi! Hahaha!

Oczywiście chłopcy się naśmiewali z każdego dziewczęcego przestrachu. Ale to my wchodziłyśmy do ciemnych pokoi pierwsze, bo “starsze, to się mniej boją”...

Największy strach był tam, gdzie było ciemno, a cień w kącie przypominał pochylonego człowieka… Wtedy uciekało się z krzykiem i wracało sromotnie pognębionym, bo koleżanka przemogła strach, przemknęła pod ścianą, zapaliła światło — i był to tylko — kawałek dykty nad górą węgla, który tylko wyglądał jak człowiek z łopatą...

Na tym polegała ta przygoda. Żeby wejść tam, gdzie nikt z nas jeszcze nie wszedł, odkryć to nowe i nieznane, a przez to groźne i tak ekscytujące! Poczuć te emocje, które rosną z każdym kolejnym krokiem, przełamać ten paraliżujący strach i zobaczyć przed sobą rozległe, piwniczne pomieszczenie, niski sufit oparty na ustawionych regularnie filarach, wypełnione węglem i stuletnim kurzem oraz pajęczynami. Wejść wyżej i dalej, niżej i głębiej.

A potem wołali, trzeba było wracać. I cała chmara dzieci wbiegała na Liturgię w odświętnych ubrankach, troszkę tylko zakurzonych…

To były najciekawsze przygody i największe odkrycia mojego życia.
A sobota zawsze była wyczekiwanym dniem. Najważniejsza myśl dnia — co nowego wieczorem zobaczymy?

***
Jak byłam malutka, dostałam pod choinkę książkę o odkrywaniu piramid w Egipcie. Tak obudziła się we mnie pasja odkrywcy.
Dawno w tych “lochach” nie byłam. Nie widziałam ani pieca, ani gór węgla, ani pajęczyny od lat. Podejrzewam, że niewiele się tam zmieniło. We mnie zaś nie zmieniła się mania sprawdzania, co dzieje się tam, gdzie nie mozemy zajrzeć. Czym jest to, czego nie widzimy. Tak w rzeczywistości, jak w wyobraźni. Moje bajki — to to, czego nie widziałam, bo mi las zasłaniał. I to odkryłam w wyobraźni.
Dziś, gdy usłyszałam o wykopaliskach w Częstochowie, opanował mnie ten sam zachwyt. Zachwyt odkrywcy. Chyba nie wszystko zostało odkryte? Może mi się uda coś odkryć? Hm… Może jednak archeologia?...

Lubię to! Skomentuj14 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale