Przed trzema dniami poczyniłem w tym miejscu prowokację naukowo – polityczną. Mocnymi słowy pojechałem sobie po Januszu Palikocie. W moim wpisie używałem takich sformułowań, jak „dać po pysku”, „walić w ryj” itp. Stanąłem w słusznej sprawie, bo poseł z Biłgoraju uraził dwie posłanki z PiS – panie Nelli Rokitę i Marzenę Wróbel. Dlatego nie cofam ani jednego słowa z tamtego wpisu. Odbił się on szerokim echem w mediach – byłem na jedynkach na wielu portalach internetowych, zajmowano się tą sprawą w kilku telewizjach…
Tyle tylko, ze dzień wcześniej zamieściłem na tym samym salonie24 o wiele ciekawsza informację i o wiele bardzie istotną deklarację, niż chęć walenia kogokolwiek po pysku. Nikt jednak się tym nie zainteresował! Pies z kulawą nogą nie podjął naprawdę istotnej kwestii zachowania Jerzego Buzka na spotkaniu z ECR. Bo nie było tam nic o seksie, o biciu, o Palikocie.
Oto smutna prawda o polskiej polityce – aby stać się ważnym, cytowanym, omawianym i analizowanym w polskich mediach nie warto podejmować istotnych i ważkich tematów. Nie warto robić tego w poważnym tonie, używając merytorycznych argumentów. Opłaca się natomiast pojechać po bandzie, dać po mordzie, krzyczeć i tupać nogami, histeryzować i prowokować, obrażać i pluć. Pierwszy zrozumiał to Janusz Palikot, po nim przyjdą inni. Nawet ja spróbowałem i mi się opłaciło. Poleciałem Palikotem i od razu stałem się obecnym w „debacie publicznej”. Ale to straszna cena. Czy jest mechanizm wyjścia z tego zaklętego kręgu oczekiwań mediów, ich komercjalizacji, dziczenia obyczajów w naszym kraju, brutalizacji polityki, wzrastającego cynizmu wszystkich graczy, narastającej pustki tego „infotainment”? Wątpię - nie widzę możliwości zatrzymania tego szaleńczego korowodu. Ma być śmiesznie, a jest coraz bardziej smutno. Wszyscy powoli stajemy się uczestnikami tej polityczno-rozrywkowo-biznesowej orgii.
116
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (88)