Od dziesięciu lat nie udało się nikomu wprowadzić do Sejmu nowego podmiotu. Po raz ostatni sztuka ta udała się w 2001 roku Platformie, PiS, LPR i Samoobronie. A potem system się zamknął (jeśli nie liczyć efemerycznej inicjatywy o nazwie LiD). Co więcej, do parlamentu nie tylko nikt nie wchodził, ale dwie partie zdążyły nawet z niego zniknąć. Dzieje się tak z wielu powodów, z których finansowanie partii politycznych i relatywna (jak na warunki polskie) stabilizacja zachowań społecznych są chyba najważniejszymi z nich.
Dlatego pomysł wprowadzenia do Sejmu nowego podmiotu o nazwie PJN od początku, dla wszystkich, którzy choć trochę znają się na polityce, musiał wydawać się trudny w realizacji. Jak ktoś chciał łatwego życia, u nóg sułtana, w pozycji pełzająco – klęczącej, to nie powinien był iść z nami. Już zresztą widać, że niektórzy zatęsknili na urokami i łaską dworu i starają się jak najszybciej zostać eunuchami na dworze jakiegoś pana. My wolimi swój obóz, choć mniejszy, to jednak nie trzeba robić tego, czego wymagają chanowie z PO, PiS i SLD.
Środowisko PJN idzie do wyborów pod własnym szyldem czy to się komuś podoba, czy nie. Cieniasy odpuszczają, słabeuszom mięknie rura, zdrajcy dezerterują, leniwce wożą się na czyichś plecach, ale prawdziwi twardziele nie poddają się. To chyba właśnie fascynuje mnie w polityce – próba charakterów, odsiewanie plew od ziarna, odróżnianie chłopców od mężczyzn, dziewczynek od kobiet. Polityka, jak wojna, wyostrza rysy – można łatwo się ześwinić, i równie prosto zostać bohaterem. Wszystko zależy od tego, czy zasługujemy na noszenie spodni, czy też jednak należałoby wdziać na siebie spodenki i lizaka do rąsi. W piłce nożnej gra się do 90. minuty, w polityce – do ostatniego dnia kampanii wyborczej.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)