Co mnie ostatnio śmieszy? Lista kandydatów na następcę Grzegorza Napieralskiego. Śmieszy mnie kandydatura Ryszarda Kalisza, którego osobiście lubię. Ale on, jako lider lewicy, byłby żartem, czy nawet chichotem historii. Celebryta, bywalec wszelakich balów i rautów, świetny kompan do zabawy, właściciel Jaguara (którym podjeżdża na demonstrację "wkurzonych"), ulubieniec "kaw czy herbat" i "śniadań na kolację". Nie widzę tego, w jaki sposób uzdrowić SLD miałby ktoś, kto równie dobrze mógłby być w PO czy u Palikota. Trudno mi go sobie wyobrazić, jak objeżdża kraj i pije siwuchę w działaczami z Raciborza. A politykę uprawia się nie tylko, i nie przede wszystkim, w tvn24.
A Wojciech Olejniczak? Też go lubię i mamy poprawne stosunki tu, w Brukseli. Ale przecież on już miał szansę, już był szefem Sojuszu. I został wygryziony przez Napieralskiego. Wojtek to trochę lepsza i unowocześniona wersja Napieralskiego. Nie mniej, ale też niewiele więcej. Czy on może być skutecznym konkurentem Palikota - nie mówiąc już o Tusku czy Kaczyńskim? Czy to może być nowy Kwaśniewski? Wątpię. I chyba sam Kwaśniewski (sądząc po jego ostatni wywiadach) też.
Ale najbardziej mnie śmieszy przymierzanie się do funkcji przewodniczącego SLD przez Leszka Millera. To tak, jakby powierzyć naprawę zegarka temu, który osobiście i własnoręcznie go zepsuł, skacząc po nim i tłukąc młotkiem. Ten, którego poznajemy po tym, jak kończy, obejmował urząd premiera z poparciem dla Sojuszu sięgającym ponad 40%. Po trzech latach rządzenia, pan kanclerz prosił tylko, by pozwolono mu sprawować swój urząd do 1 maja 2004 roku, by mógł sobie pstryknąć fotkę jako ten, który wprowadził Polskę do Unii. I dzień później złożył urząd - wówczas SLD miał poparcie około 10-procentowe. Z potężnej siły politycznej, której wieszczono osiem lat u władzy, zrobił na przestrzeni kilkunastu miesięcy partię walczącą o przeżycie. Dzisiaj wraca, by odbudowywać lewicę z zapaści. Niech wyborcy lewicowi zadadzą sobie pytanie o to, czy to przez przypadek nie Leszek Miller doprowadził Sojusz do owej zapaści, z której nie potrafi się ona wygrzebać do dzisiaj.
Czyżby naprawdę lewica miała tak krótką ławkę rezerwowych? No, ale żeby być sprawiedliwym - jakby jutro z władzy w PO zrezygnował Tusk, a w PiS Kaczyński, to czy aby na pewno jasne byłoby, kto może unieść lidership w obu tych partiach? Też raczej nie. Więc to nie jest tylko słabość SLD, ale także pozostałych partii politycznych (z Ruchem Palikota i PSL włącznie).


Komentarze
Pokaż komentarze (87)