Pisałem niedawno o tym, że propozycja premiera, by odłożyć formowanie nowego gabinetu może mieć drugie dno, czyli może być połączone z oszukaniem PSL i dobraniem sobie nowego koalicjanta (niekoniecznie zielonego, ale na przykład czerwonego lub nawet pomarańczowego)
http://migal.salon24.pl/353427,drugie-dno-propozycji-premiera
I tak właśnie można traktować dzisiejszą pogawędkę Donalda Tuska z Leszkiem Millerem. Gdyby rzeczywiście udało się im spiąć koalicję, to byłaby to korzyść dla obu stron – szef PO miałby koalicjanta prawie za darmo, bo nowy przewodniczący klubu parlamentarnego SLD potrzebuje sukcesu i udział w rządzie zapewniłby mu zwycięstwo w wyborach także na funkcję lidera partii. Tusk mógłby zatem zaproponować Millerowi o wiele mniej, niż musi dać Pawlakowi. Korzyści Millera są oczywiste – dwa ministerstwa, cztery urzędy wojewódzkie i partia byłaby szczęśliwa, a on zostałby okrzyknięty zbawcą lewicy. Ale do tego scenariusza brakuje tylko jednego – pełnej zgody na taką koalicję ze strony wszystkich posłów Platformy. Bo dla części z nich sojusz z Sojuszem jednak byłby nie do zaakceptowania – i premier miałby dodatkowy problem z buntem w swoim klubie poselskim i w części aparatu trochę bardziej konserwatywnego.
Dlatego dzisiejsze śniadanie Millera i Tuska należy traktować, oprócz elementu kurtuazji politycznej, której tak brakuje w naszym życiu publicznym, jako delikatne straszenie PSL, ale jednak nie jako zapowiedź dramatycznej zmiany w procesie formowania gabinetu. Ot, chodziło o małe napędzenie Pawlakowi strachu i pokazanie, że nie jest on bezalternatywny (czego skutkiem miałoby być ostudzenie apetytu ludowców na coś więcej, niż na to, co już mieli przez ostatnie cztery lata z faktu bycia w koalicji rządowej). Ale raczej Millera w roli wicepremiera nie zobaczymy.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)