Chyba nikt nie zauważył, że Donald Tusk został zaproszony do stołu, przy którym decyduje się o przyszłości Unii Europejskiej, przez Davida Camerona. Ten ostatni sprzeciwił się pomysłowi, by o przyszłości euro dyskutowano tylko w gronie 17 państw, które już mają tę walutę i zachęcił polskiego premiera do tego, by powalczył o miejsce dla siebie w tym ważnym gremium. Chwycił go za rękaw i poprowadził do miejsca, gdzie naprawdę rozstrzygają się losy Europy. Nie do miejsca, gdzie przyznaje się nic nie znaczące ordery i doktoraty honoris causa, gdzie wygłasza się gładkie mowy na cześć, gdzie prawi się sobie nawzajem dusery o przyjaźni i wielkości sąsiadujących ze sobą wielkich narodów. Brytyjski premier zaciągnął polskiego premiera do miejsca, gdzie naprawdę prowadzi się politykę.
Smaczku tej sytuacji dodaje fakt, że owym ciągnącym był ten, który stał się w czasie ostatniej kampanii wyborczej czarnym ludem dla Donalda Tuska i Platformy, bo przecież zarzucano PiS-owi, że zasiada w jednej frakcji w Parlamencie Europejskim z torysami, którzy są uosobieniem całego zła ( w tej samej zresztą frakcji jesteśmy także i my, PJN). A tu taka niespodzianka - jak trwoga, to do Camerona. I to w jakiej sprawie? W sprawie odsuwania Polski, kraju przewodzącemu Unii, od współuczestnictwa w istotnych dla przyszłości Europy kwestiach. A kto był za tym, by Rzeczpospolita skorzystała z okazji, by siedzieć cicho? Angela Merkel i Nicolas Sarkozy - liderzy prawicy niemieckiej i francuskiej, która zasiada w jednej frakcji w PE z europosłami Platformy.
Tak to już czasami bywa - przyjaciół poznaje się w biedzie. Nieprzyjaciół zresztą także. Ciekawe czy następnym razem polski premier znowu ochoczo będzie używał sobie na Cameronie i brytyjskich torysach, a jednocześnie zachwalał będzie sojusz i współpracę z Merkel i Sarkozym. Obawiam się, że tak.


Komentarze
Pokaż komentarze (21)