Marek Migalski Marek Migalski
2145
BLOG

Gumka jako narzędzie zbrodni politycznej. Przypadek Polski

Marek Migalski Marek Migalski Polityka Obserwuj notkę 66

 

W ostatnim numerze "Wprost" można znaleźć ciekawy artykuł Rafała Kalukina, oparty o anegdotę opowiedzianą przez Pawła Kowala, który twierdził, że kluczem do zrozumienia historii PiS jest "Krótki kurs WKP (b)". Znałem tę historyjkę wcześniej i od wielu miesięcy uznawałem ją za klucz do zrozumienia dziejów Prawa i Sprawiedliwości (znalazła się zresztą w mojej nowej książeczce o PiS, która zostanie opublikowana jeszcze przed końcem roku). Jednym z konstytutywnych cech "historiozofii" Stalina było usuwanie z dziejów partii osób, które potem okazywały się "zdrajcami". Klasycznym przykładem "wygumkowywania" kogoś z historii partii był, w przypadku WKP(b), Lew Trocki, a w wypadku PiS - Ludwik Dorn. W historii PJN kimś takim jestem...ja:)
W kolejnych wywiadach polityków i publicystów historię PJN zaczyna się od wyrzucenia Elżbiety Jakubiak i Joanny Kluzik - Rostkowskiej. Mam więc pytanie - za co zostały one usunięte z PiS? Przecież za to, że broniły mnie przed atakami prezesa i jego przybocznych. Za co byłem tak krytykowany? Za list, w którym twierdziłem, że Kaczyński jest największą wartością partii i - jednocześnie - jej największym obciążeniem, że jeśli zmiana linii partii na twardą się utrzyma, to przegramy wybory samorządowe i parlamentarne, że z Kaczyńskim nie wygramy, a bez Kaczyńskiego ie przetrwamy. Miałem rację i obie panie to też wiedziały. I dlatego broniły mnie (za co jestem im wdzięczny, bez względu na to, co dzisiaj myślę o Joasi i jej wyborach politycznych). Ale parę osób (zarówno polityków, jak i publicystów) zdaje się o tym nie pamiętać.
Byłoby to tylko śmieszne, gdyby nie świadczyło o czymś poważniejszym - o częstym procederze fałszowania historii polskiej polityki, dokonywanym post factum. To dzięki niemu Tusk może oskarżać PiS o współrządzenie z LPR i Samoobroną (choć nie ma już dziś nikogo poważnego, kto nie przyznawałby, że to właśnie obecny premier zablokował możliwość powstania koalicji PO-PiS i - tym samym - wepchnął Kaczyńskiego w objęcia ś. p. Leppera i Giertycha). To dzięki temu procederowi Kaczyński może oskarżać środowisko później tworzące PJN o przygotowanie zdrady i przegranie wyborów prezydenckich (choć tylko idiota może nie pamiętać, że tamta kampania z 2010 roku przynosiła zyski liderowi PiS i była doskonałym punktem wyjścia do następnych zwycięstw i nikt wówczas nie myślał o "zdradzie"). To dzięki temu modus operandi SLD może dziś być ratowane przez Leszka Millera (bo nikt nie pamięta, że to właśnie za jego "kanclerzowania" formacja ta pikowała w sondażach i spadła z 41% poparcia w 2001 roku do około 10% kiedy odchodził on z funkcji szefa SLD i premiera, na wiosnę 2004 roku).
Jak widać mój przypadek jest tylko śmieszną egzemplifikacją procesu naprawdę poważnego - takiego pisania historii najnowszej, która jest korzystna dla opowiadającego. I o ile doskonale to rozumiem w odniesieniu do polityków (wszak takie opowiedzenie historii, by okazywało się, że oni zawsze mieli rację, jest w ich interesie), o tyle dziwi mnie to w przypadku publicystów i komentatorów. Czyżby mieli oni tak krótką pamięć? Tak mało wiedzieli? A może są jeszcze jakieś inne przyczyny? Ale odpowiedź twierdząca na to ostatnie pytanie wiodłaby nas na bezdroża insynuacji. A tego warto jednak unikać.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (66)

Inne tematy w dziale Polityka