Marek Migalski Marek Migalski
667
BLOG

Okulary Fukuyamy, czyli o związku polityki z nauką

Marek Migalski Marek Migalski Polityka Obserwuj notkę 17

 

Podobno nie byłem złym komentatorem i politologiem. Mam nadzieję, że tak naprawdę było - w rankingu we "Wprost", sporządzonym na krótko przed tym, jak wszedłem do polityki, a opartym na opiniach kilkudziesięciu dziennikarzy różnych redakcji, znalazłem się na drugim miejscu wśród najbardziej cenionych naukowców (po prof. Staniszkis). Ale dzisiaj mogę powiedzieć jedno - z polityki rozumiem o wiele więcej, niż wówczas; o wiele łatwiej czytam zachowania polityków, widzę drugie dno, dostrzegam to, co umyka moim dawnym kolegom po fachu. Oczywiście, nie zawsze mogę o tym napisać, ale pozostaje satysfakcja, że widzę rzeczy, które byłyby dla mnie niedostrzegalne, gdybym pozostał tylko doktorem i adiunktem.
 
To trochę tak, jakby ktoś nałożył mi okulary i pozwolił oglądać coś, co wcześniej było zaledwie zarysem. Kiedyś widziałem poruszające się cienie, plamy, ogólne kształty. Dziś widzę o wiele ostrzej, precyzyjniej, dokładniej. Nie znaczy to, że widzę wszystko i że nie ma tych, którzy widzą o wiele lepiej i o wiele dalej, niż ja. Nie, nie - tacy oczywiście są, ale raczej wśród polityków, a nie naukowców. Bo dopiero wejście w mechanizmy polityczne pozwala zrozumieć ich dynamikę i specyfikę - bez tego doświadczenia, bez tej wiedzy, obserwator pozostaje kaleki, niepełny, pozbawiony głębi. Właśnie tak, jak ktoś mający poważną wadę wzroku, ale jednocześnie pozbawiony okularów. Nie wiem, czy za dwa i pół roku, kiedy upłynie moja kadencja w PE, będę mógł o sobie powiedzieć, że byłem dobrym politykiem. Ale na pewno będę mógł powiedzieć, że będę lepszym politologiem i komentatorem.
 
To zresztą ciekawe - ci, którym dane było zaangażować się w czynną politykę (Staniszkis, Matyja, Śpiewak, Flis, Chwedrouk, Żukowski i inni), wydają się być ciekawszymi analitykami, niż ci, którzy całe swoje życie spędzili za katedrą i w bibliotece. Nie deprecjonując tego, co osiągnęli i jak trafnie czasami piszą, trzeba przyznać, że zawsze będą pozbawieni pewnej wiedzy, która dostępna jest tylko tym, którzy pobrudzili się polityką, którzy uczestniczyli w niej, którzy choć na kilka lat się w niej zanurzyli.
 
Czy wychodziło im to na dobre? W polityce raczej nie, bo każdy z nich odchodził z niej w jakimś sensie pokonany. Ale to, co zobaczyli i czego doświadczyli, pozwala innym czerpać z ich wiedzy i z ich rozumu. Dlatego tak bardzo żałuję, że w Polsce nie ma politycznych tink-tanków z prawdziwego zdarzenia, gdzie tacy ludzie, jak ja, mogliby pracować. To wyszłoby na korzyść dla partii, które mogłyby czerpać z ich wiedzy i choć na chwilę odrywać się do bieżączki i spojrzeć choć trochę dalej, niż perspektywa najbliższych wyborów. Ale to także wyszłoby na dobre nauce, bo dzięki takiemu doświadczeniu mogłyby powstawać prace choć trochę mające związek z rzeczywistością. Niestety, w Polsce nie ma tak naprawdę takich instytucji, a ci, którzy weszli do czynnej polityki, traktowani są z podejrzliwością.  Na Zachodzie i w USA jest odwrotnie - Fukuyama czy Huntington nigdy nie ukrywali, że współpracowali z tink-tankami powiązanymi z partiami. I może także dzięki temu o ich pracach (choć kontrowersyjnych) słyszał cały świat, a o dokonaniach naszej politologii jakoś cicho za oceanem i w Brukseli.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Polityka