Marek Migalski Marek Migalski
1536
BLOG

PO jak PZPR? RP jak PRL? Tak, ale dlaczego?

Marek Migalski Marek Migalski Polityka Obserwuj notkę 27

Państwo Donalda Tuska coraz bardziej zaczyna przypominać PRL. Nie chcę tu dziś pisać o podobieństwach wynikających z blokady informacji, uwłaszczania nomenklatury, postkolonialnego poszukiwania uzasadnienia swoich rządów na zewnątrz państwa itp. Chciałbym skupić się na uwadze dotyczącej porównania PRL z obecnym państwem polskim w kontekście roli, jaką pełniła i pełni rządząca partia.

Pisałem przed dwoma dniami o tym, że jedną z głównych motywacji premiera przy formowaniu rządu były względu wewnątrzpartyjne – poszczególne ministerstwa dostały się w ręce tych, których Tusk chciał albo zneutralizować, albo spacyfikować, albo dopieścić tymi stanowiskami. I wydaje się, że był to zasadniczy czynnik. To zaprowadziło mnie do konstatacji, że to, co łączy PRL z Polską Anno Domini 2011 jest to, że wszystkie instytucje tego pierwszego  państwa były wtórne wobec tego, co działo się wewnątrz PZPR. Przecież nikt nie przywiązywał wagi do tego , kto jest w rządzie, a tym bardziej do tego, kto zasiada w Sejmie. Najważniejszymi kwestiami politycznymi były te, które dotykały układu sił w partii, a konkretnie w Komitecie Centralnym (a jeszcze konkretniej w Biurze Politycznym). Wszystko, co działo się w naszym kraju od 1948 roku do 1989 roku było pochodną układu sił, walk frakcyjnych i rywalizacji wewnątrz PZPR. Oczywiście – na polską historię w czasie tych kilkudziesięciu lat miały wpływ także i inne czynniki (międzynarodowe, społeczne, gospodarcze, religijne), ale o tym, w jakim kierunku zmierza kraj i kto nim realnie rządzi, decydowano w ramach partii rządzącej i historycy słusznie badają walki w PZPR jako czynnik istotny dla rozwoju Polski po drugiej wojnie światowej.  To przesilenia w ramach PZPR skutkowały tym, że historię PRL dzielimy na czasy Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego, a nie poszczególnych premierów, przewodniczących Rady Państwa  czy marszałków sejmu.

Z nieco podobną sytuacją mamy do czynienia obecnie  – Platforma stała się tak hegemoniczna, że o tym, w jakim kierunku posuwać będzie się nasz kraj, decyduje raczej układ sił w samej PO, niźli układ sił w parlamencie. Opozycja jest bezsilna i nie jest w stanie wymóc na rządzących czegokolwiek (nic zresztą nie wskazuje na to, by miało się to rychło zmienić). Rolę stronnictw sojuszniczych pełnią PSL (czyli dawne ZSL) oraz Palikot (SD). Dla procesu modernizacji kraju było obecnie ważniejsze jakim potencjałem dysponować będzie w PO Schetyna, niż to, ile procent głosów dostanie PiS. W tworzeniu nowego gabinetu właśnie względy wewnątrzpartyjne odgrywały zasadniczą rolę. Dla przyszłości Polski ważny będzie układ rywalizacji w „Biurze Politycznym” PO, a nie układ rywalizacji w Sejmie. To przybliża nas do sytuacji z czasów PRL, kiedy to hegemoniczna pozycja PZPR gwarantowała jej najważniejszy wpływ na polityczną rzeczywistość, pozostawiając dla innych podmiotów życia publicznego jedynie rolę elementów dekoracji. Dzisiaj pozycja PO w systemie politycznym RP czyni ją podobnie sprawczą, a pozostałe siły polityczne spycha na pozycje otoczenia społecznego dla niej. Dlatego powołanie przez PiS Biura Interwencyjnego z Zofią Romaszewską na czele wcale nie jest anachroniczne i śmieszne – jest przyznaniem przez  Jarosława Kaczyńskiego  tego, że powyższy opis jest prawdziwy i PO stała się tak potężna, jak kiedyś PZPR.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (27)

Inne tematy w dziale Polityka