Marek Migalski Marek Migalski
587
BLOG

Po raz 1szy o postpolityce, czyli przeżyjmy to jeszcze raz

Marek Migalski Marek Migalski Polityka Obserwuj notkę 4

 

Wprost 18 listopada 2007 nr 46
 
Sex, drugs & Tusk
 
Tusk może się jawić jako odnowiciel hipisowskich czasów, kiedy popalano trawkę, tworzono komuny i nawoływano do wolnej miłości
 
Polityka będzie miała teraz zupełnie inny wymiar – nie będzie terenem walki i konfliktu, a stanie się polem kooperacji i wzajemnych uprzejmości. Od czasu ostatnich wyborów parlamentarnych mamy festiwal tego typu zapewnień ze strony Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka. Rząd będzie miejscem, w którym życzliwość i przyjaźń zastąpią wojny podjazdowe znane nam z przeszłości. Ma nastąpić czas miłości. Nowa era Wodnika.
 
Rząd, jakiego nie było
Szef platformy wielokrotnie już od wyborów zdążył zapewnić, że jego gabinet będzie inny nie tylko od rządu jego poprzednika, ale i wszystkich innych gabinetów po 1989 r. Według Tuska, z polityki zniknie pojęcie partyjnego interesu, walki o strefy wpływów, kłótnie koalicyjne będą zaś znane jedynie z podręczników najnowszej historii. Wtóruje mu w tym lider ludowców i formacji znanej z umiejętności rozpychania się łokciami w każdym rządzie ze swoim udziałem. PSL było współtwórcą kapitalizmu politycznego lat 90., potrafiło skutecznie zabiegać o swoje interesy w każdej koalicji bez względu na to, czy było to na poziomie krajowym, wojewódzkim czy powiatowym. To ugrupowanie znane z tego, że umiało obrzydzić życie i zamęczyć każdego ze swych silniejszych współkoalicjantów, otwierając szafy z politycznymi i ekonomicznymi konfiturami. Pawlak i jego koledzy doskonale wiedzą, gdzie są prawdziwe frukta i wielekroć udało im się je pałaszować.
Ale dziś ludowcy wespół z platformersami zapewniają, że oto dokonał się na naszych oczach prawdziwy cud: polityka zmieniła swoje reguły. Wraz ze zwycięstwem PO i PSL zaczną obowiązywać inne zasady, niż było to przez ostatnie trzy tysiące lat. Nie będzie już cynizmu i zabiegania o realizację partyjnych interesów, nie będzie zawłaszczania państwa na potrzeby zwycięskich ugrupowań, zniknie rywalizacja i kalkulacja partyjna. Wszystko to zostanie zastąpione kooperacją, wzajemną życzliwością, obdarzaniem się zaufaniem i oddawaniem sobie przysług. Kulminacją tej retoryki było słynne nawoływanie do wzajemnej miłości, które padło z ust szefa platformy. Można mieć wrażenie, jakbyśmy się znaleźli w latach 60. ubiegłego stulecia na jednym z amerykańskich kampusów, kiedy to samozwańczy guru nawoływali do przyjęcia nowej filozofii życia, opartej właśnie na tych wartościach. Tusk może się więc jawić jako odnowiciel starych, dobrych hipisowskich czasów, kiedy to popalano trawkę, tworzono komuny i nawoływano do wolnej miłości.
Przyszły szef rządu i wieloletni polityk jest jednak w roli hipisa mało wiarygodny. Ten przerysowany – co oczywista – jego obraz jest nieprawdziwy nie tylko dlatego, że sam Donald Tusk nie ma ambicji, by być nowym przywódcą religijnym czy mesjaszem nadchodzącej ery Wodnika. Jest nieprawdziwy także dlatego, że jest nierealny. I fałszywe tony wypływające z tej „postmodernistycznej" retoryki jak zwykle najszybciej znalazły swoje odbicie w żartach i dowcipach. Jeden z nich głosił, że w nowym rządzie PO i PSL będą jedynie trzy ministerstwa – zdrowia, szczęścia, pomyślności. Ta kpina z fali ciepła i łagodności, która zalała nas po 21 października, jest zdrową reakcją na wyraźnie fałszywe komunikaty wysyłane przez czołowych polityków przyszłego gabinetu. Nawet jeśli się bardzo lubi platformę, nie można oczekiwać, że wraz z jej wygraną znikną reguły, które determinowały uprawianie polityki od czasów Platona i Arystotelesa, by o Machiavellim nie wspominać. Tak jak wraz z pokonaniem Związku Sowieckiego przez Stany Zjednoczone nie zostały anulowane zasady dyplomacji i polityki międzynarodowej, tak wraz ze zwycięstwem PO nad PiS nie zniknęły zasady prowadzenia polityki krajowej. Wciąż są obecne i w przyszłości obecne będą w naszym życiu politycznym dotychczasowe reguły i sposoby walki partyjnej, zwiększania stanu posiadania i poszerzania stref wpływów. Nadal państwo będzie rezerwuarem posad dla „krewnych i znajomych królika", a wielu Staszków będzie się mogło sprawdzić – za nasze pieniądze – w biznesie (jak kiedyś Wiesław Kaczmarek z SLD uzasadniał mianowanie Stanisława Dobrzańskiego z PSL szefem państwowej spółki Polskie Sieci Elektroenergetyczne).
 
Apostołowie postpolityki
Już najbliższe tygodnie i miesiące przyniosą wystarczające dowody na to, że po 21 października 2007 r. nie znaleźliśmy się w „nowym, wspaniałym świecie", że nadal jesteśmy obywatelami postkomunistycznego kraju walczącego o wprowadzenie cywilizowanych rozwiązań, a nie państwem „ostatniego człowieka", jak opisywał to Fryderyk Nietzsche.
W jego wizji – zaznaczmy od razu: wizji krytykowanej i wyśmiewanej – polityka weszła w fazę zapewniania ludziom jedynie błogostanu i pozbawiając ich warunków do prawdziwie wielkiej egzystencji, dała w zamian poczucie łagodności i bezkonfliktowości. Ten swoisty „koniec historii" byłby w rzeczywistości końcem człowieka z jego zdolnością do dokonywania czynów wielkich i heroicznych.
Nie bójmy się jednak – Polska w 2007 r. i w latach następnych nie będzie miejscem materializacji wizji niemieckiego filozofa. Będzie miejscem lepszej lub gorszej realizacji polityki jej standardowymi metodami. Nowy rząd ma szansę na prowadzenie swych prac w lepszym stylu, niż było to udziałem jego poprzedników, ale wiara w to, że nastąpi diametralna dekonstrukcja nowożytnych reguł politykowania, jest naiwna i śmieszna. I o ile nie może dziwić chęć samych polityków PO i PSL do zaczarowania rzeczywistości i przedstawienia się z jak najlepszej strony, o tyle musi niepokoić łatwość, z jaką część publicystów i komentatorów przyjęła za prawdziwe te PR-owskie zapewnienia. Jest dobrą tradycją dawanie nowemu rządowi pewnego czasu na pokazanie tego, co ma najlepsze. Zwyczajowe sto dni życzliwości mediów wobec nowego gabinetu nie powinno jednak powodować, że ci, którzy winni być krytyczni, udają, iż wierzą w cuda oraz w to, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pełnokrwiści politycy zamienili się w altruistycznych aktywistów, zainteresowanych jedynie dogodzeniem swoim koalicyjnym partnerom.
Polityka się nie skończyła, nie stała się postpolityką. Jeśli ktoś miał tego typu złudzenia, to pewien obrazek sprzed kilkunastu dni powinien mu dać do myślenia. Do gabinetu Waldemara Pawlaka wchodzili na konsultacje tego samego dnia generał Gromosław Czempiński i były prezes TVP Robert Kwiatkowski. Nowa era Wodnika będzie wyglądać więc jedynie tak jak jej nowi apostołowie.
 
 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka