Wczoraj doszło w PE do sytuacji unikalnej - żaden z 15 kandydatów nie uzyskał wymaganej większości do zostania wiceprzewodniczącym naszej izby. Dlaczego tak się stało? Bo poziom zaufania miedzy dwoma największymi frakcjami, czyli EPP i socjalistami, jest zerowy. Wystarczyło owego zaufania (lub raczej zmysłu biznesowego) do wyboru Martina Schulza na szefa PE, ale jedynie minimalną większością. Jednak na dotrzymanie słowa w sprawie wyboru wiceszefów PE wszyscy wszystkich oszukali.
Dlatego żaden z proponowanych kandydatów nie otrzymał wymaganej ilości głosów. Gdyby deal między dwoma największymi grupami został dotrzymany, nie byłoby problemów - przynajmniej z wyborem osób nominowanych przez frakcję ludowa i socjalistyczną. A tu nic, żaden nie został wybrany. Za kilka minut ogłoszone zostaną wyniki drugiej tury - zapewne tylko część, z zaledwie kilku kandydatów, otrzyma wymaganą większość (a może znowu nikt?). Potrzebna więc będzie trzecia tura, w której wystarczy zwykła większość i w końcu tych 14 wiceprzewodniczących wybierzemy, ale jedno pozostanie pewne - zaufanie miedzy dwoma głównymi grupami politycznymi w PE jest na zerowym poziomie. Okazuje się więc, że do uprawiania polityki potrzeba trochę więcej, niż do zawierania układzików, których celem jest jedynie utrzymanie się u władzy. Poziom zaufania i poziom woli politycznej w sercu Europy powoli sięga zera.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)