Już w poniedziałek zbiera się po raz pierwszy nowy klub Prawa i Sprawiedliwości. Jak w kadencji 2001-2005 - w opozycji. Ale na tym trzeba zakończyć porównania z tamtym okresem. Wtedy PiS istniało raptem rok, mogło jedynie pomarzyć, że a nuż kiedyś dojdzie do władzy. Teraz jest po dwuletnim okresie rządzenia. Ma swojego prezydenta. Mnóstwo negatywnego elektoratu. I największy klub opozycyjny. Praktycznie bezkonkurencyjny.
Jeśli ktoś w opozycji jest praktycznie bezkonkurencyjny znaczy, że prędzej czy później wróci do władzy. Chyba, że po raz pierwszy w historii po 1989 roku rządzący utrzymają władzę po wyborach. Ale, jeśli przed następnymi wyborami dzisiejsze PO i PiS nie będą takie jak dziś.
Przesileń w obu formacjach jest wiele. Dla PO ich kłopoty na dziś są niegroźne. Żeby opuścić rządzącą formację w polityczny (czytaj finansowy) niebyt trzeba się nazywać Marek Jurek. A jeśli dobrze pamiętam, takowy w barwach PO się nie pojawia. Co innego z kłopotami wewnętrznymi w PiS.
W PiS przesilenia były od zawsze. Mocno ujawniły się szczególnie po dymisji Kazimierza Marcinkiewicza, a dla uważnych obserwatorów jeszcze wcześniej. Koalicja z LPR i Samoobroną doprowadziły niektóre osoby do wrzenia. Ten stan trwa praktycznie do dzisiaj. - Zachowujemy pozycje lojalnościowe - zapewniają w prywatnych rozmowach. Ale przyznają, że ich cierpliwość może się wyczerpać jeśli w partii nie pojawi się wola zmian.
Żadnych zmian w PiS nie da się przeprowadzić bez Jarosława Kaczyńskiego. To on zdecydował, że monopol na kampanię wyborczą miał duet spin doktorów wspartych "sanitariuszem" Tomaszem Dudzińskim. To on też już w poniedziałek ma wskazać, zgodnie ze statutem, kandydata na szefa klubu i wicemarszałka Sejmu. Nie ma złudzeń - kogo wskaże, ten zostanie wybrany.
Spora grupa polityków, już nie tylko ci kojarzeni z Kazimierzem Ujazdowskim czy Pawłem Zalewskim, ale i Zbigniew Ziobro czy Ludwik Dorn, chcą w PiS daleko idących zmian. Nie tylko w nieoficjalnych rozmowach, ale też podobno w rozmowach z prezesem, indagują go, by szefem klubu zrobić Dorna, a wicemarszałkiem - Ujazdowskiego. Poza tym, by "gabinet cieni" był złożony z polityków potrafiących krytykować w sposób dyplomatyczny, a nie mogących rywalizować choćby z Rafałem Grupińskim czy Stefanem Niesiołowskim. Co wskórają? Rozsądek nakazywałby przyjęcie ich oferty. PiS najwięcej może dziś wygrać wysyłając w teren ludzi typu Przemysław Gosiewski, Joachim Brudziński czy Marek Suski. A w mediach i sejmowej trybunie prym wiedliby politycy, których umiejętności można określić najłatwiej tak: są w stanie przepchnąć PiS z pozycji Samoobronno-eLPeeRowsko-Rydzykowych do centrum.
Bo to w centrum sceny politycznej PiS stoczy z PO długa wojnę o prezydenturę i następny rząd. Liczyć sie będzie konsekwencja. Ale i umiejętności w punktowaniu oszustwa jakim, według PiS, Platforma bezwzględnie musi w końcu "obdarzyć "Polskę i ponad 7 mln swoich wyborców.
Na prawej stronie sceny politycznej walki już nie będzie. A jeśli Kaczyński nie pociągnie PiS-u do centrum, na kilka miesięcy przed wyborami (jakoś jestem przekonany, że będą jesienią 2011 roku i ani trochę wcześniej) powstanie na scenie nowa formacja - sikorsko-marcinkiewiczowsko-ujazdowska. I to ona,bez wielkich pieniędzy, a siła wolontariuszy, wygra kolejną elekcję. Od poniedziałku dla Jarosława Kaczyńskiego rozpoczyna sie trudny egzamin. Musi udowodnić, także swoim ludziom, że to wcale nieprawda, że wszystkie jego przedsięwzięcia w końcu bankrutują.



Komentarze
Pokaż komentarze (85)