Nie ustają liczne spekulacje po dymisji Pawła Grasia. I owszem są powody do dociekań co się tak naprawdę stało, dlaczego jeden z najbliższych współpracowników Tuska nagle odszedł z rządu. Przecież nie często zdarza się, by minister odpowiedzialny za służby rezygnował ze swojego urzędu i to po tak krótkim czasie.
Na ogół nie zgadzam się ze Zbigniewem Wassermannem a już na pewno z Antonim Macierewiczem. Ale tym razem ich żądania, by premier niezwłocznie poinformował o powodach dymisji Grasia, wydają się uzasadnione. W tej sferze, bardziej niż w każdej innej funkcjonowanie rządu musi być transparentne. Przecież mamy tu do czynienia z kwestiami związanymi z bezpieczeństwem państwa, stabilnością międzynarodową i akcjami objętymi nie rzadko dużym ryzykiem. Perturbacje na tym stanowisku nie są więc wskazane. Pamiętamy przecież co się działo gdy za czasów AWS tymi sprawami zajmował się dyletant Janusz Pałubicki - historyk sztuki. O koordynacji służb w wykonaniu SLD lepiej już nie wspominać. Najpierw polityczny Siemiątkowski, który niewiadomo za co odpowiadał, potem Barcikowski i Dukaczewski (a więc rozmyta odpowiedzialność), by dopiero sytuację tę próbował prostować Andrzej Ananicz – niepolityczny fachowiec.
Służby potrzebują więc stabilizacji. I potrzebują kontroli skupionej w jednym reku. Nie mam pretensji o to, że minister Graś podał się do dymisji. Być może nie czuł się na silach, być może rzeczywiście względy osobiste. Tyle tylko, że i w jednym i drugim przypadku dysponował chyba odpowiednią wiedzą, tzn. mógł przypuszczać, że jego praca nie będzie łatwa, sprawy losowe ( wykluczając oczywiście chorobę, lub wypadki) też raczej dzieją się w przeciągu jakiegoś okresu czasu. Mógł więc Graś po prostu nie przyjmować tej funkcji. Zaoszczędził by wtedy kłopotliwej sytuacji sobie, rządowi, premierowi i Platformie. Nikt by nie pytał czy zostanie sekretarzem generalnym, czy może odszedł z powodu raportu Macierewicza, czy jeszcze Bóg wie co kto wymyśli.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)