0 obserwujących
21 notek
15k odsłon
  1282   0

Polska i Węgry – kto tu kogo może zdradzić

Zgodnie z opinią prawną, którą od kilku dni szafuje TVP, pod pewnymi warunkami i w ścisłym związku z dysponowaniem pieniędzmi unijnymi, element praworządności może być uwzględniony w mechanizmie ewentualnego zablokowania środków. Rzeczywiście trzymanie rygorów finansowych i odpowiednich standardów rozliczania z funduszy powinno odbywać się raczej w poszanowaniu prawa. Kwestia polega na doprecyzowaniu i wskazaniu, że „pieniądze za praworządność” ograniczą się tylko do sfery finansowej, kropka.

Polska dużo lepiej rozlicza się z funduszy niż wiele Państw Członkowskich, a już z pewnością Węgry, i dlatego ma duże pole do negocjacji w tym względzie. Natomiast stawianie tej sprawy na ostrzu noża – „weto albo śmierć” – jest, elegancko mówiąc, niepotrzebną ekstrapolacją i w punkcie wyjścia przyjmowaniem gorszej pozycji negocjacyjnej. Wynika ono z połączenia dwóch aspektów praworządności, tej bardziej ideologicznej - związanej z sądami i tej technicznej – związanej z finansami. Dzięki temu zabiegowi Polskę dużo łatwiej punktować i nie ma co się dziwić, że druga strona korzysta z takiej możliwości. Przekaz budowany już od lat to spory kapitał negocjacyjny i skuteczne narzędzie nacisku. Dlatego dla Polski lepiej byłoby rozdzielić te sfery. Walczyć o jedną, tą dotyczącą finansów, gdzie mamy mocne argumenty i faktyczne interesy do ugrania. A może nawet kilku sojuszników do zdobycia.

Na osłabienie pozycji Polski ma także wpływ wrzucanie Polski i Węgier do jednego worka, albo raczej wskoczenie przez nas samych do tego worka. Postrzeganie obu krajów jako reprezentujących wspólne stanowisko tak naprawdę osłabia Polskę, a umacnia Węgry, bo w Polsce nie mamy realnych problemów z funduszami, a oni tak. Zatem jesteśmy postrzegani przez pryzmat Węgier. Skoro sami stajemy obok nich, to znaczy, że sami widzimy podobieństwa. Dlatego, chcąc podkopać pozycję Polski, wystarczy wskazać defraudacje na Węgrzech i przy okazji przypisać je także Polsce. Nie trzeba nawet o nas wspominać, gdyż sami się już z nimi utożsamiliśmy.

W negocjacjach i polityce chodzi przede wszystkim o realizację swoich interesów. Natomiast walka z wiązaniem funduszy z praworządnością jest raczej pryncypialna i wynika z potrzeby pozostania wiernym swojemu ostremu, konfrontacyjnemu stanowisku. Jeśli od dłuższego czasu tworzy się przekaz, że „Bruksela” chce poprzez imigrantów dechrystianizacji Europy i nienawidzi Polski jako największego bastionu tradycyjnych wartości, to z dnia na dzień nie można z takimi siadać do stołu i rozmawiać szczerze o takich błahostkach jak pieniądze. Z punktu widzenia takiej narracji walka jest uzasadniona, a wszelkie poświęcenie wręcz chwalebne.

Stawiając się niepotrzebnie w takiej zero jedynkowej sytuacji, Polski rząd, a poprzez propagandę - także i społeczeństwo, może mieć obawy, czy Węgry się nie dogadają i nie pozostawią nas samych na pożarcie reszcie UE. Dlatego logika wszystko albo nic nie jest najlepsza i z perspektywy Polski kompletnie niesłuszna. To Premier Węgier ma dużo więcej do stracenia i dla niego osobiście mechanizm badania praworządności w związku z dystrybucją środków unijnych faktycznie może być groźny. Dlatego Polski rząd nie ma za co być wdzięczny gdy Węgrzy wspólnie stworzyli skromny sojusz, a powinien raczej wykorzystać problemy bratanka do wypracowania dla siebie lepszej umowy. Dla siebie, czyli dla Polski, w odróżnieniu od Premiera Węgier, który faktycznie negocjuje porozumienie dla siebie i swojej rodziny, która pewnie chętnie wciąż by korzystała ze wsparcia unijnego, a z tą praworządnością wplecioną w wypłatę funduszy, to już nie wiadomo jak będzie. Polska ma mocne karty na ostatniej prostej negocjacji, warto by było je wykorzystać. I to bez kompleksów, dumnie ale nie zaciekle.


Lubię to! Skomentuj33 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka