Choć Konrad Kornatowski zeznaje przeciwko Ziobrze, prawdziwa krzywda spotkała go dopiero za ekipy Tuska.
Z wypowiedzi byłego komendanta głównego policji pana Konrada Kornatowskiego, zeznającego przed komisją śledczą badającą, czy w czasach rządów PiS były wywierane nielegalne naciski na policję, służby specjalne i prokuraturę (publikacja: Gazeta Wyborcza), wynika, że w rząd Jarosława Kaczyńskiego często dopuszczał się rzeczy karygodnych. Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro jawi się wedle tej opowieści jako osoba nie dość, że wszechmocna, to jeszcze używająca swej mocy do złowrogich celów. Jeszcze gorzej – według Kornatowskiego – poczynał sobie wierny współpracownik Ziobry, wiceprokurator generalny Jerzy Engelking.
Jeżeli Kornatowski jest człowiekiem uczciwym, to z chwilą skonstatowania, że Ziobro postępuje niewłaściwie, powinien z wielkim hukiem złożyć dymisję i powiadomić opinię publiczną, dlaczego to zrobił. Tak powinien postąpić każdy uczciwy i ideowy funkcjonariusz państwowy, nawet jeżeli miałoby go to narazić na szykany ze strony potężnego ministra.
Tymczasem Kornatowski rezygnować nie zamierzał, tkwił tak długo na stanowisku, aż zrezygnowano z niego. Możemy więc wnioskować, że choć współpraca z Ziobro nie należała do łatwych, zamierzał wspaniałomyślnie mu wybaczać wszystkie machlojki i w pewnym sensie kryć go przez opinią publiczną, zachowując dla siebie to, co bezwzględnie powinno ujrzeć światło dzienne.
Łatwo mówić co powinien mówić zastraszony – załóżmy – człowiek, drżący o stołek, karierę, bezpieczeństwo własne i rodziny. Czyż można wymagać od niego takiego poświęcenia ?
Było jednak jeszcze inne wyjście: złożenie dymisji ze względu na stan zdrowia i zaczekanie z powiadomieniem o nagannych praktykach Ziobry do czasu, kiedy ten straci swą potęgę. W ten sposób nie byłby wspólnikiem ministra w jego niecnych poczynaniach i jednocześnie nie naraziłby się na wielkie niebezpieczeństwo.
Gdyby Kornatowski zaczął od własnych win i stwierdził, że stchórzył, milcząc tak długo o rzekomych niegodziwościach Ziobry, mógłby zasługiwać na współczucie, w końcu tchórzostwo, to ludzka rzecz. Gdyby stwierdził szczerze, że zależało mu na stanowisku i dla jego zachowania, gotów był na daleko idące kompromisy ze swoim sumieniem, można by spróbować go zrozumieć: nie każdy jest uodporniony na narkotyk władzy.
Jednak Kornatowski marudził jak zdradzona narzeczona, gotowa utopić w łyżce wody tego, który w bezceremonialny sposób ją porzucił. Taki Kornatowski nigdy nie będzie wiarygodny, choć trzeba przyznać, że jego opowiastki mieszczą się granicach prawa do obrony.
Choć Ziobro nie jest moim idolem, nie wierzę, by oprócz dorobienia mu gęby oszołoma, udowodniono mu cokolwiek, za co można by go postawić w stan oskarżenia.
Zupełnie mimochodem Kornatowski wyjawił też, że to wcale nie ekipa Kaczyńskiego okazała się dla niego naprawdę groźna. Wszak za Kaczyńskiego tylko wszczęto przeciwko niemu śledztwo. Natomiast za Tuska zaczęto je niebezpiecznie przeciągać, uniemożliwiając mu przez kilkanaście miesięcy (w sumie nie pracuje 2 lata) zarabianie na życie.
Trzymać człowieka tak długo w niepewności to prawdziwe okrucieństwo, na które zresztą skazane jest w Polsce wielu innych ludzi. To jest poniewieranie człowiekiem w majestacie prawa. W tym momencie gotów jestem rozgrzeszyć Kornatowskiego ze wszystkiego. I jednak… szczerze mu współczuję.
.
Komentarze
Pokaż komentarze