mona mona
808
BLOG

Gównojady, gównojady...

mona mona Polityka Obserwuj notkę 2

Przeczytałam z niejakim opóźnieniem książkę Szymowskiego "Zamach w Smoleńsku".

Tak na marginesie: jestem ze wszystkim do tyłu, mam w domu ciężko chorą staruszeczkę, którą kolejne szpitale uporczywie wypisują, choć wymaga dość skomplikowanych opatrunków, etc: szpitale nie są od leczenia. Nie jestem w kursie spraw: dnie i noce mam pełne ręce roboty.

Nie wiem więc, czy ktoś już już podsumował wszystko, co należało podsumować - tym jednym dosadnym słówkiem, świetnie opisującym rzeczywistość poprzedzającą zamach, a także to, co działo się post mortem polskich elit.

Na wszelką ewentualność to jednak zrobię, zostawiając moja staruszkę na te kilka chwil samą. Po prostu nie mogę inaczej, bo słowo "gównojady" będzie mnie prześladować w te bezsenne noce, spędzane przy chorej.
Oczywiście Suworowa się czyta, więc ludzie to znają. Adresuję do mniej "czytatych", którzy z tysiąca powodów jednak nie zetknęli się z tym pięknym, jakże trafnym określeniem, opisującym wszystkich tych, których radosną działalność opisał Szymowski.

Odsyłam do autora:

"W Związku Radzieckim każdy marzył, żeby znaleźć się za granicą - gdzie, to sprawa drugorzędna (mogła być nawet Kambodża). Kiedy Rosjanin chce powiedzieć, że coś jest naprawdę dobre - mówi: "To jest zagraniczne". Nie jest ważne skąd albo jakiej jest jakości - jest zagraniczne, a więc dobre. A tu nagle człowiek znajduje takiego przyjaciela Związku Radzieckiego, który ma wszystko (od żyletek Gillette po perfumowane prezerwatywy), który może wszystko kupić w sklepie (nawet banany), a który wychwala pod niebiosa Związek Radziecki. Jest to tak patologiczne, że jedynym właściwym określeniem był "gównojad".

Pogarda, jaką oficerowie GRU i KGB żywili wobec takich osobników, nie oznaczała naturalnie, że nie wykorzystywali ich gdzie i jak się dało, i to absolutnie nie zważając na ich bezpieczeństwo (w przeciwieństwie do bezpieczeństwa agentów). Gównojady robili wszystko - nawet przychodzili na spotkania do tak nie rzucającego się w oczy miejsca jak radziecka ambasada. Nikt ich nie werbował, bo i po co - i tak robili, co im się kazało. Zwykle chodziło o jakieś drobiazgi: informacje o sąsiadach, współpracownikach czy znajomych, czasem o zorganizowanie przyjęcia z udziałem kogoś interesującego GRU. Po przyjęciu GRU oficjalnie takiemu dziękowało i kazało zapomnieć o wszystkim. Gównojad to dobrze wychowany osobnik - zapominał wszystko i to natychmiast, ale GRU nigdy nie zapomina..."

Pogarda ruskim nie minęła, a gównojady wciąż się wpychają drzwiami i oknami.

I to cały komentarz do książki: gównojady, gównojady, gównojady!

mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka