mona mona
454
BLOG

Kardiolog od serca Kaczora

mona mona Polityka Obserwuj notkę 3


Już gdzieś wrzuciłam komentarz o wczorajszej rewelacji z Interia.pl, gdzie na czerwono zaserwowano sondaż: PiS - 58%, PO -38%, a cała reszta - na zielone pastwiska.

Tu powinnam chyba zaznaczyć - od roku mam "do tyłu", miałam istny " przemarsz przez piekło", dzięki cudownym pomysłom Kopaczowej. Napiszę kiedyś, jak mi już przejdzie, a trawa na świeżym grobie zazieleni się na dobre.

Z tegoż powodu jestem niedoinformowana. Poniższy tekst jest więc niejako wyrazem mojej obecnej ignorancji i wyrażanych watpliwości. Odpuście, dobra?  

Oczywiście tak dobrze nie będzie ( mam na myśli sondaż).


Ludzie klikają, gadają, a do urn im "pod górkę", zwłaszcza wtedy, kiedy go samego końca nie są pewni swoich racji. PO ośmieszyła się kompletnie, ale - cuzamen do kupy z innymi pyskaczami - zdążyła zasiać w prostaczkach bożych strach, w tym - przed wojną z Rosją, którą na pewno wywoła Kaczor. Klnę się na wszystkie bogi - to autentyk.

 Lemingi nie stały się ani ładniejsze, ani bogatsze - Tusk ich wykolegował jak duuuże stado baranów, a nikt nie lubi być głupszy. Pozostały więc ostanie okopy, w których przekonują się wzajemnie straszliwym argumentem: a nuż jednak Kaczor z Ziobrą załomoczą kolbami w drzwi o 6 rano....
A dlaczego? A cholera wie! Może n a p r a w d ę  tak już mają?

Jednak nie sądzę, żeby Interia zabawiały się w  chałupniczą produkcję sondaży.Coś w tym jest.

Partie wiedzą oczywiście swoje, co w końcu nie jest tajemnicą. Ale skąd ten przeraźliwy, widoczny strach w PO? Te rozpaczliwe ruchy, te konferencje na zielonej trawce, "rzucanie rękawicy", wzywanie na ubitą ziemię, jeżdżenie za mocno rozbawionym Kaczorem "w celu przykrycia"...itd?

Chyba jednak Tuskowi się wali.
U mnie, wieśniary "z boru" ( jak mówią tutejsi Aborygeni), bieżąca wiedza obiegowa opiera się na młodych, świetnie wykształconych i obytych w Bardzo  Wielkim Świecie sąsiadach, znoszących "wiadomości plażowe", gadki z bliższej i dalszej okolicy: wychodzi im, że wszyscy święci nagle przechcili się na PiS. Potrzebują tych wiadomości częściowo z powodów zawodowych - i trochę im to miesza w głowach: "aż tak?"
 
Osobiście nie doświadczam. Mam na ogół robotę, więc lecę z ręczniczkiem na  plażę "mało używaną", przepływam jezioro - i wracam, albo do wymienionej roboty, albo pod ukochaną, wielką czeremchę, zwaną zresztą - nie wiadomo dlaczego "wierzbą", a każda wyprawa do miasta przyprawia mnie o rozpacz. Zwiewam, wciskając gaz, gdzie tylko się da wcisnąć, bo moje drogi "się budują", budują, budują... i wciąż jeździ się 30/godz.

Jeśli już wdam się w gadkę - w jakiś sposób trafiam na wyznawców PiSu, ale może to tak ciągnie swój do swego?

Bo moja okolica była przysięgłym bastionem lewicy. Byłam autentycznie zaskoczona, kiedy w dniach  żałoby na niemal wszystkich domach w pobliskim miasteczku wisiały flagi z kirem i portrety Prezydenta.To już nie jest portalowa względna anonimowość, to akt odwagi ludzi w czasach tych koszmarnych rządów. Zaimponowało mi.
 
Czytam, co czytam, widzę przeważnie to, co produkują "zaprzyjaźnione telewizje" - i tyle.Preferencje mam stałe - jestem "pisowska pałkarą", zakutym pisowskim łbem.

 Ale pod tą czeremchą, zwaną wierzbą, zbierają się ludzie wszystkich opcji, także ci wciąż wierzący w dobre chęci Tuska, którym  to chęciom "na poprzek" stanął kryzys, także ci, którzy wciąż wierzą w dobre chęci  lewicy, choć nie podoba im się właśnie ten idiotyczny "kawiorowy sznyt". Argument - "to tylko ludzie, nie SPRAWA. Wystarczy wymienić ludzi, a to przychodzi z czasem".


Jednak jestem osobą bardzo dorosłą, a te argumenty słyszałam już za komuny - i mówili to ludzie o głębokich, szczerych przekonaniach lewicowych, na miarę wczesnego Piłsudskiego. Ale PPSu już nie było, pozostało wierzyć, że coś się zmieni, przyjdzie jakieś opamiętanie... Dużo im przyszło z tej wiary...
Oni w większości odeszli już na "drugą stronę tęczy", ale chyba byłoby im wstyd za - sorry, że używam - "Tęczowego Rysia", nagle lewicującego Palikota, Kutza...całe to badziewie, choć wcześniej mówili tak samo - "to tylko ludzie zawinili"...
 
 Słowem - niezależnie od moich stałych preferencji - wysłuchuję tylu argumentów, wydawałoby się - rozsadnych, że czasem się dziwię, jakim cudem sama nie zostałam przechczona przez własnych przyjaciół. Ale...z "szeptanej propagandy" i podśmiechów ich progenitury wynika, że gadają, co gadają - ale głosują jak należy. Są Polakami, przede wszystkim.
 I dlatego ich mam u swojego stołu, choć czasem latają nad tym stołem "wykształciuchy" i "ćwierćinteligenci". No, cóż - bywa.

Jednak wczorajsza konferencja Tuska ( ta z "rzucaniem rękawicy") dała mi do myślenia. Oczywiście Tusk wyzywał JK od przebierańców, mających głęboko w sercu Smoleńsk, o którym nie mówi z powodów kampanijnych - oszust jeden...Ale Tuskowi, kardiologowi od serca Kaczora, nie trzeba mówić, on jest mądry, on to doskonale wie - ten wstrętny Kaczor nie zapomniał, choć włożył wredną maskę troski o gospodarkę.

No, mam nadzieję.
 Ale na taki obrót spraw Tusk powinien być przygotowany. Skąd ten lament?  Dlaczego nie jest przygotowany? Dlaczego nie słychać nic, prócz inwektyw i komunałów, zaprzeczających w żywe oczy faktom?


Niczego nie można położyć na stół? Aż tak wszystko zostało spaprane? Ani programu, ani efektów?

Kiedy odchodził Gomułka, podano powód w komunie oczywisty i - chyba - jedyny używany: zły stan zdrowia.
Oczywiście, jak można to wyczytać w starych wicach, Polacy stwierdzili - na oczy zachorował. Nie widział, co się dzieje, zarówno w fabrykach i w stoczniach, jak w sercach. Nie miał na podorędziu ani okulisty, ani takiego fajnego kardiologa, jak Tusk.

Ale "z oczami" facet ma jednak gomólkowski problem - też nie widzi nic, prócz magicznego lustra, które mu podsuwają, a które podpowiada mu, że jest - niczym macocha królewny Snieżki - najpiękniejszy w świecie. Dopiero, kiedy pan Staszek od papryki uświadamia mu bieżączkę - lustereczko zachodzi mgłą.                                                        

Dygresja: niedawno obejrzałam sobie przepiękny "Orlik", który wybudowano w mojej - bardzo biednej - gminie. Znaczy - widziałam to cudo od frontu, ale nie miałam nigdy interesu od tzw. "zatylca" - a dopiero od zadniej strony można zobaczyć, jak imponujący jest to obiekt. Swoją szosą - taki bardziej przepiękny, fakt.

Byłam pełna zachwytu dotąd, dopóki nie skojarzyłam, że "pasuje" do mojej gminy jak przysłowiowy storczyk do kożucha: nie ma najmniejszych szans, żeby utrzymał się - choćby po części - własnym sumptem.
Po prostu -  nasi Aborygeni w życiu nie zapłacą za bilet na imprezę. A w ogóle do zorganizowania płatnej imprezy trzeba "mieć ludzi". Wszystkie stałe imprezy są od dawna zakontraktowane w obiektach istniejących od dawna, gdzie logistyka jest prostsza, ludzie przynajmniej wiedzą, jak dojechać, a "gwiazdy" znają warunki.

U mnie jest jak w serialowych Wilkowyjach, z tą różnicą, że nia ma nawet czegoś w rodzaju gnidy - Czerepacha, którego można ostatecznie użyć także do dobrych celów. To władza karmi - i wyznacza cele.


Ta władza, która zafundowała obiekt, nie jest nawet zła, uczciwie robi, co się da,  ale "mówi się", że w charakterze speca od kultury zatrudnia "kuma - buraka".
Wieś pilnuje interesów czysto plemiennych. I nic się nie zmieni. A "Orlików" nabudowano "jak mrówków", choć większości gmin nie stać na ich utrzymanie. Miało  j a k o ś  być. Raczej nie będzie.

Po Tusku pozostaną głównie ruiny "Orlików", choć mieli być tam wychowywani wdzięczni wyborcy na przyszłe kadencje.
Oczywiście żal: żal straconych pieniędzy, żal naprawdę pięknych obiektów, żal ludzkich ambicji, których użyto w niecnych celach.
Tylko projektodawcy jakoś nie żałuję...






 
 

mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka