"To gorzej niż zbrodnia, to błąd" - jak mawiał Talleyrand.
Moim skromnym zdaniem srogi błąd popełnił dziś Bartosz Arłukowicz.
Do tego, że Tusk łże jak najęty, zdążyliśmy się przyzwyczaić. Dowód? Bardzo proszę, wisi u mnie po prawej osławiony "dekalog" Tuska - szkoda każdego słowa, żeby to skomentować, jako że wszyscy tu obecni czytać umieją.
Już miałam to zdjąć, zaśmieca miejsce na ciekawsze rzeczy, ale w porę się opamiętałam : zawsze warto mieć te przedziwne bajdy na podorędziu.
Tusk nas przyzwyczaił nas także do miłosnych zaklęć ad. "milionów zwykłych Polaków", dla których chce stworzyć raj na ziemi - tylko okrutny los wciąż staje mu na przeszkodzie. Tym razem podobnie: zawalona do samej stępki ustawa miała być zamierzona ku szczęściu pacjenta, a - jakoś tak wyszło - ku nieszczęściu Kopacz, przeciwko której sprzęgły się wraże siły lekarzy - notorycznych oszustów, związane z przestępczymi gangami firm farmaceutycznych.
Podobno tych sfałszowanych recept było całe ...6. (słownie - sześć).
I tak wycofano z akcji wrażliwą kobiecinę, czyniąc ją drugą osobą w państwie Tuska, a na ruinach ustawy stawiając "prawdziwego mężczyznę" - do ewidentnego odstrzału. Bo gdyby Arłukowicz mógł coś zrobić - to jednak insza inszość. Ale nie zrobi.
Ale Arłukowicz nas - mimo wszystko - jeszcze nie przyzwyczaił do takich, jak dzisiejszy, popisów: w sławnej już, wesołej komisji, której przewodniczący gadał z krzesłami, Arukowicz jako jedyny miał odwagę zarzucić Tuskowi kłamstwo. Powiedział Tuskowi wprost, że Miro Drzewiecki został przez tegoż Tuska uprzedzony, iż kręcą się przy nim służby.
Oczywiście sprzedał się gładko "za tekę", kiedy jego kumpel Grześ utopił resztki dawnej Jedynie Słusznej Partii, a Tusk skorzystał z okazji: stanowczo wolał mieć kontrolę nad pyskaczem, niż jej nie mieć.
To wiemy, ale osobiście zakładałam, że jeśli Arłukowicz się sprzedał - to jakoś ten wstyd odpracuje. Gość jest ambitny, osobiście widziałam go w "Agencie", kiedy miał pełne portki strachu - ale zrobił, co mu kazano. Trafiłam na jakiś odcinek - skok z mostu, coś takiego...Skoki nie są mi obce, jestem stworzeniem skrzelopłucnym - ale przy takiej dozie strachu chyba bym nie skoczyła. "Pełen szacun" - pomyślałam.
Po dzisiejszym występie cofam ten szacun - ale o to chodzi mi mniej.
Kontynuując kwestie odpracowania - nawet nie można powiedzieć, że nie usiłował, ale musiałby mieć kumpla Augiasza, na dodatek z rzeką Alfeus, aby posprzatać ten bajzel po osobie, której zdolności są mniej niż mierne, a zasługi polegaja głownie na zapisaniu i przywiezieniu autobusu pielęgniarek na jakiś POwski spęd, bodajże z miasteczka gminnego pod tytułem Szydłowiec, a w kolejnej fazie kariery - na usługach medycznych wobec rodziny premiera. O innych usługach oficjalnie nic nie wiadomo.
Błędem "gorszym niż zbrodnia" okazało się to, że Arłukowicz okazał się uczniem nader pojętnym - i dziś przeskoczył demagogią i sztuką erystyki samego majstra Tuska.
To mu nie będzie wybaczone. Zobaczycie. Premier nie znosi, jak ogólnie wiadomo, kiedy ktoś wyrasta mu nad głowę, obojętne czego kwestia dotyczy - a ta teza też nie wymaga chyba dowodów.
Tusk dostał "głowę zdrajcy" nie po to, żeby się nim zachwycać, a już napewno - żeby zachwycali się nim inni. Kupił sobie Arłukowicza, żeby mieć nad nim kontrolę, ale także - żeby go zminimalizować, a potem - wykopać, używszy najpierw do załatwienia sprawy beznadziejnej. Gdzież dziś Kluzik - Rostkowska ( chyba tak się nazywała?)...
Ale na niedzielę dzisiejszą potrzebny był lekarz, Kluzik nie jest lekarzem, a usłużnych, łasżących się dziennikarzy Tusk ma znacznie więcej, niż ewentualnych stołków do obsadzenia.
Stara sztuka dialektyki erystycznej mistrza Schopenhauera.kłania się takimi oto słowy:
"I n s t a n c j a: obalenie ogólnego twierdzenia za pomocą przeprowadzenia bezpośredniego dowodu poszczególnych przypadków znajdujących się w zakresie tego twierdzenia.Jeśli wiadomo, że twierdzenie dla nich nie jest słuszne, to i ogólne twierdzenie musi być błędne".
Tę operację oczywiście przeprowadza się z pełna premedytacją.
Przekładając to "na ludzki" - należy przyczepić się do stwierdzenia lub sytuacji i jechać na tym, starannie omjając rafy merytoryczne, aby udowodnić, że przeciwnik gdzieś się rąbnął - a w związku z tym wszystkie jego tezy są nieprawdziwe, wyssane z brudnego palucha. Howgh.
Tusk jest mistrzem w wykrzykiwaniu "Wy, PiS", a potem - z odczytywania z kartki, bądź nie, jakieś sytuacji z dalekiej, a czasem nawet niedalekiej przeszłości - i koncentrowaniu na niej na dyskusji, dalekiej od rzeczowości. Potem następuje nieuchronne "myśmy" - i długi speak na temat, znany ogólnie jako - "Mamo, chwalą nas! Kto??? Wy mnie, a ja was".
Kto się połapie, co właściwie miał powiedzieć premier, o co był pytany? Dyskutować z każdą obelgą, czy po prostu głupotą...
I tak, sprowadziwszy sprawy "na pole idioty" - premier dyskusję wygrywa, a zachłyśnięte lemingi lecą do urn.
No i Arłukowicz postanowił zatrąbić w tę samą trąbkę - sprowadzić dyskusję ad absurdum, p.t. "a u was Murzynów biją".
No, to co ma zrobić teraz premier, jeśli Arłukowicz zabrał mu ukochaną trąbkę? Wymyślić nową sztukę dialektyki erystycznej?
Przecież premier jest najważniejszy!
A na serio - Arłukowicz, tak czy siak - nie był przeznaczony do długotrwałego użytku. Co by nie mówić - to jednak inteligentny facet. Może mu się uda wykoncypować sposób na wyłganie Kopaczowej przynajmniej z części kłopotów, jest od niej znacznie mądrzejszy.
Ale mądrzy w Platformie nie są potrzebni. Inaczej nigdy nie zostałby wystawiony na widok publiczny ani "Cendebał" Tomczykiewicz ( nawet podobny, nie omieszkałam sprawdzić), ani -tym bardziej - ten gostek, gadający do krzeseł, na oczach oniemiałych, a potem niezwykle uszczęśliwionych reporterów.
Że już nie wspomnę o niejakim Rokicie, który wyciągnął Platformę z czarnej, 12% dziury na szczyty.
Platforma i Rokita zamienili się miejscami...w ramach Tuskowej wdzięczności.
458
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (4)