Wczoraj zepsułam dyskusję Seawolfowi, za co go serdecznie przepraszam, ale musiałam odreagować natychmiast. Trafiło na Seawolfa, bo pisał na podobny temat, a od jego świetnych notek zaczynam buszowanie po blogach.
A co głupsze - dowiedziałam się tego w TVN24, od Marciniaka, od którego normalnie trzymam się na odległość strzału z korkowca. Dalej nie mogę, zima sroga. Widocznie już nawet tego rodzaju dziennikarze mają dość, bo teoretycznie sprawa powinna być już znana - ale chyba nie jest.
Czy wiecie, co te parlamentarne głąby uchwaliły? Bo głąby raczej nie wiedzą, głosowały "tak, jak sekretarz".
Oto uchwaliły rzecz następującą:
"Każdy kontroler NIK będzie mógł zbierać i gromadzić m.in. informacje na temat pochodzenia rasowego, preferencji seksualnych, poglądów politycznych, wyznania, a nawet informację genetyczną, nałogów oraz stanu zdrowia."
No, mnie z lekka zalatuje Ustawami Norymberskimi, choć jestem zwariowaną na punkcie Polski katoliczką rasy białej. Nie założę się, czy któraś bardzo daleka prababka z Wołynia zbyt wolno nie uciekała przed czambułem, ale wszyscy stamtąd mogą mieć problem podobny - nie liczy się.
Nieco dalej:
"Projekt zmian w ustawie o NIK powstał w 2008 r. w sejmowej komisji do spraw kontroli państwowej, pod kierunkiem Mirosława Sekuły, (...)ówczesnego posła PO i byłego prezesa NIK. Został przyjęty przez Sejm bez większego problemu, głosami posłów PO, PSL i SLD."
Podaję link, przeczytajcie sobie.
A wszystko w trosce o... nasze zdrowie, bo to do tych celów ma służyć rzecz...NIK-owi.
Czy nie dlatego tak spieprzono słynną reformę zdrowia, że - ustawa ustawą, ale nie ma do niej - póki co - narzędzi, pozwalających nie tylko na potwierdzenie stanu ubezpieczenia, ale danych na przykład " o rasie i pochodzeniu"?
Jeszcze jeden kwiatuszek z oślej łączki:
"Po co więc Izbie dostęp do naszych danych?
Okazuje się, że głównie do kontrolowania wydatków zdrowotnych. – Często te dane są niezbędne do prawidłowego przeprowadzenia kontroli finansowania procedur medycznych. W dokumentacji, po którą sięgają kontrolerzy,pojawiają się bowiem dane pacjentów – tłumaczy Biedziak. – Ale za każdym razem, sięgając po takie informacje, uzasadniamy, do czego są nam potrzebne. Absolutnie ich nie przetwarzamy, nie wprowadzamy nawet do bazy danych NIK."
Ależ naprawdę?
Do celów kontroli zdrowotnych, które wymieniono, naprawdę potrzebne są informacje o poglądach politycznych lub wyznaniu?
I co to za głupie gadanie o niewprowadzaniu do baz danych, etc.?
A jeśli na miejsce Biedziaka przyjdzie pan, który będzie miał kaprys wprowadzić dane do baz wszelkiego rodzaju? Nie mówiąc już o innych, znacznie ciekawszych naszych poglądów politycznych, wyznania, etc "użytkownikach" takich operacji?
Tego nie wymyślił nawet Stalin, tego nie było w najczarniejszych latach komuny, inwigilacji i ogólnej grozy. Pominąwszy już brak środków - chyba ta najczarniejsza komuna byłaby w strachu, gdyby jej udowodniono aż taki "głod wiedzy"
. Podsłuchiwała, śledziła i mordowała, ale zawsze miała na podorędziu hasełko "wróg ludu".
Tym razem wrogami ludu zostaliśmy wszyscy.
Mój komentarz - kochajmy lemingi...


Komentarze
Pokaż komentarze (7)