Dwie sprawy spośród wczorajszych wydarzeń, dwa momenty rzuciły mi się w oczy.
Oba mieszczą się w sferze modnych kiedyś kawałów o wszystkich możliwych "szczytach". Jednym z nich był ten o "szczycie bezczelności", czyli o cudzej wycieraczce i papierze toaletowym.
Wczoraj ten rekord bezczelności został stanowczo przekroczony. Kiedy zobaczyłam wystrojoną w żałobne kiry, składającą wieńce pod sejmowymi tablicami ofiar "smoleńską kłamczuchę" - po prostu wyszłam z pokoju. Przeszło mi przez myśl, że kobieta "zaprosiła" tych zmarłych do aktu odwetu, niczym Don Juan pominik admirała, a te tablice ruszą na nią, wyrywając się ze ściany.
Nie wiem, kto oszalał, ale ktoś - na pewno.
Nigdy nie napisałam o "krwi na rękach Tuska". Jak to słusznie określiła Jadwiga Staniszkis - Tusk to trampkarz, robi go w konia - kto chce, a zazdrość i nienawiść poniosły go znacznie dalej, niż mogłoby mu się to przyśnić w najgorszych snach. Smoleńska hańba będzie się za nim ciągnęła przez lata - jeśli nie wieki. Bo przecież napiszą o tym przyszłe podręczniki. Ale to jednak tylko trampkarz.
Kopaczowej nikt przecież nie kazał kłamać o troskliwych sekcjach, o wspaniałej współpracy z rosyjskimi przyjaciółmi, o ziemi troskliwie przekopywanej na głębokość metra...Kiedy ta "troskliwość" ujrzała światło dzienne, kiedy dowiedzieliśmy się prawdy o sekcjach, o szczątkach samolotu rozwłóczonych przez złomiarzy - człowiek mający bodaj odrobinę wstydu bezwzględnie powinien usunąć się z życia publicznego. No, ale to nie do pomyślenia w partii trampkarzy, gdzie mówi się każdego dnia " Wysoki Sądzie, załapali mnie za rękę - ale to nie była MOJA ręka!!"
Jednak ktoś tam powinien mieć choćby tyle rozumu, żeby kłamczuchę schować przynajmniej tego dnia. Można było założyć, że wstyd jest uczuciem nieznanym prostakom, można to było przewidzieć.
Drugi akt komedii "szczytów" był bardziej zabawny.
Oto pracownik mendiów p.t. Morozowski, ni z gruszki - ni z pietruszki, koniecznie zapragnął się dowiedzieć - "czy jest kanalią". Interlokutor odpowiedział mu bardzo inteligentnie, że...nie śledził jego wypowiedzi w ciągu tych lat.
Tym razem było mi wesoło, na samą myśl: skąd Morozowski "wpadł" na to pytanie? Dlaczego w ogóle je zadał?
Przypomniało mi się coś o uderzeniu w stół i odezwaniu się nożyc.
Morozowski jest tylko zwykłym, niezbyt inteligentnym wyrobnikiem mendialnym, ale chyba dobrze, że zaczyna chociaż p y t a ć, jak może być odbierany. Własny rozum mu tego nie podpowiada. Choć to informowanie się u rozmówców idzie mu to dość tępo: dziś facet znów namolnie nękał wszystkich rozmówców, rozpaczliwie usiłując wcisnąć im swoją utrwaloną wersję wydarzeń, a co gorsza - domagając się jej potwierdzenia...Jakoś to nie szło, każdy po kolei, nawet "Ten Misiu" już - już rozpędził się w pyszczeniu na "Kaczora", ale w końcu mu wyszło, że pyszczy...z troski o ewentualną wygraną tegoż.
Zapomniałam nadmienić: w domu są moje dzieci, telewizor warczy od skowronka do żaby, więc nadziewam się na rzeczy, których normalnie bym nie obejrzała. Tak "wpadłam" na poranną rozmowę Durczoka z Kuźniarem, z której wynikał smutek przegranych: oto rząd spasował, a oni zostali na placu boju - samotne ciury, przeganiane i wyśmiewane na ulicach, traktowane pogardliwie w własnych studiach Ale przynajmniej rozumieli, że wyszli na smutnych idiotów.
Nieszczęśni ci mendialni wyrobnicy...Tyle krwi przelali, tyle wylali żołci jako "zaprzyjaźnione stacje", a teraz rząd sam wystawiony do wiatru - wystawił ich, zostawiając Morozowskiego, z jego głodnym mózgojadem, w samotnej, rozpaczliwej walce. Bo on nie rozumie, on wciąż walczy z zapałem godnym lepszej sprawy.
Niektórzy już tak mają - kiedy raz zaczyna się brnąć w łgarstwa, należy upierać się do końca - "To nie moja ręka, Wysoka Sędzino".
649
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (20)