mona mona
543
BLOG

Przepraszam redaktora Marciniaka!

mona mona Polityka Obserwuj notkę 10

O Paligłupie - dajmy spokój.
O "gospodarskich wizytach" - jest takie powiedzenie - "wesoły gość, gdzie pójdzie - tam się z niego śmieją". Na razie robią to "zaprzyjaźnione redakcje", więc nie będziemy robić im konkurencji - ani klaki.

Dziś rajcowało mnie coś zupełnie innego. Trochę to "coś" poderwała mi Ufka, ale i tak nie mogę się powstrzymać - u niej już nie zdążyłam skomentować.
Ufka, Ty musisz w samą porę obiadową? O tej porze "kobieta pracujaca żadnej pracy się nie boi", nie wiesz?

 A do rzeczy:


Słowo harcerza - widziałam może 3 odcinki "Babilonu", gdzie na ogół pałętała się niejaka Środa, czyli babski odpowiednik "Paliniesioła",  w ogóle program uważałam za głupi,  a prowadzącego za kogoś z bardzo dolnym poziomem IQ: nie ma ani brutalności Knapika, ani łobuzerskiego, cwaniackiego  "wdzięku" Rymanowskiego, potrafi tylko wpuszczać w maliny kobitki nie całkiem zorientowane w poruszanej  materii. No, poza wspomnianą Środą - ale ona jest przewidywalna "do bulu" niczym Niesiołowski.

Zawsze byłam przekonana, że Marciniak jest picusiem, oddelegowanym do rajcowania kobitek, żeby ładniej wyglądało. Bo mądre być nie musi - jak to w TVN.

Dziś chyba sam został zaskoczony, ale najbardziej zaskoczył mnie.

Nie wiem, czemu postanowiłam sobie zrobić coś w rodzaju porządków wielkanocnych. Baby czasem tak mają. Wkurzony mąż wyprowadził się "podlewać ogród", akurat w samo południe (?), usuwajac sprzed moich oczu nieszczęsne psy, włażące mi pod mopa ( dom należy również do psów, WIELKICH psów), ale zaglądał, czy już może mi przeszło?

Przeszło - to może za dużo powiedziane, ale postanowiłam przycupnąć na chwilkę - i włączyłam telewizor, trafiając akurat na nieszczęsny "Babilon". Mąż nadmiar energii wyładowuje w kłótniach z telewizorem, więc notorycznie miewa włączony ten kanał. 
Pewnie bym wyłączyła, ale słysząc, co gada jakaś osobniczka, "wybałuszyłam oczy jak ta czerepacha" ( kto mi wytłumaczy, co to - czerepacha? Bardzo mi się to powiedzonko podoba!)

Osobniczka ze swadą opowiadała jakąś przedziwną historię tragicznego romansu: o uwiedzionej a zdradzonej nieszczęśnicy ( pod tytułem - Sawicka), wykorzystanej...no, może nie do końca, co chyba też stanowiło problem...

Osobniczkę widziałam po raz pierwszy, a tabliczka z nazwiskiem jakoś się nie pojawiała. Byłam tak ciekawa - kto zacz, że nie przełączyłam na inny program.

Następna do gadania była Joasia Szczepkowska. No, Joasię miałm za osobę inteligentną, w końcu dziewczyna wychowała się w przyzwoitym domu Andrzeja Szczepkowskiego, już nie wspominając o dziadku, moim skadinąd ukochanym Janie Parandowskim. No, jak - mając takie korzenie - nie wchłonąć wiedzy, zasad moralnych, etc - wprost z otaczającego powietrza? Pominąwszy już fakt, że w tych domach po prostu musiały być biblioteki "do pozazdroszczenia".

Nie chodzi o to, po której politycznej stronie jest Szczepkowska, chodzi o proste rozróżnienie dobra i zła.

A tu Joasia paple jak najęta - w tym samym duchu: "uwiedziona, wykorzystana, porzucona"... Słabo mi się zrobiło.

W obu wypadkach wkroczył Marciniak, przypominając, jak najbardziej ,  że okoliczności sprawy badał sąd, któremu "wyszło", że Kaczmarek nie naruszył prawa, o żadnym uwodzeniu nie ma mowy, a "związek" ( jak się babie zdawało) nawiązała sama delikwentka - i to bynajmniej nie w sprawach romansowych.


I tu muszę człowieka przeprosić: miałam go za cynika, świadomie wpuszczającego...itd, już było o tym. Jednak tym razem uczciwie usiłował stonować trochę wypowiedzi apologetek "św. Sawickiej". Nie wiem - może był tak łaskawy, ponieważ kobitki kompromitowały się w jego programie? Trochę jednak głupio nie podrzucić im liny ratunkowej - żeby "nie było na niego, gdyby co".

Ale gdzie tam!  Panie trzeszczały pod kątem "nie robi się takich rzeczy... kobiecie".

Sawicka wyszła im na heroinę wielkiego, niepełnionego romansu...Istna "Pręgowata", która to "powieść taka więcej przecudna",  miała zwyczaj leżeć na honorowym miejscu, czyli komodzie pana Teosia Piecyka, "warszawskiego rodaka" z Targówka, dopóki Gienia nie pożyczyła jej niejakiej Skubiszewskiej - po czym powieść dostała kamfory, Skubiszewska straciła trochę loczków,  a państwo Piecykowie nie odpuścili żadnych targów książki w poszukiwaniu "Pręgowatej".

Bez skutku, ale u Skubiszewskiej egzemplarz mógł się przechować.

Nie wiem, może te panie znały  Skubiszewską i naczytały się tego przecudnego romansu?

Jeee...szkoda pana Wiecha...On by ten "Babilon" skomentował, gdyby żył! Myślę, że w zaświatach też miał niezły ubaw!

Ta pierwsza okazała się (zapodali na końcu) dzienikarką GW, o nazwisku bodaj Bielik - Robson. Pozostałe panie mówiły całkiem do rzeczy - czyli nie ma o czym pisać.

Gdyby panie koniecznie chciały zapoznać się z tym "romansem" - nie usunęłam "taśm Sawickiej". Adres jest po prawej.







 

mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Polityka