Pan Wańkowicz, człowiek z pasją poszukiwania źródeł spraw wszelkich, pisał o tym, jak radzili sobie amerykańscy związkowcy, kiedy nie mogli sobie poradzić inaczej: wzywali na pomoc kierowców wielkich ciężarówek. Stawało wszystko, co w tym olbrzymim kraju wymagało transportu - i to załatwiało sprawę krótko, a skutecznie. Bo to wielkie ciężarówki były krwioobiegiem w państwie - kontynencie, gdzie każdy "towar", rosnący w Kalifornii czy na innej Florydzie, w miarę szybko powinien się znaleźć w Maine lub Montanie.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że związki zawodowe miały w Stanach jedną, lub - powiedzmy - kilka "głów", a były to głowy mafijne, w którym to przypadku znacznie łatwiej załatwiać sprawy: kilku ludzi mogło sparaliżować kraj. Mafii ci zresztą u nas dostatek, nie sądzę, żeby wszystkie były urzędnicze, ale nie sądzę też, żeby trzeba było uciekać się do nich: na to trzeba kasy, bo nie są to przedsięwzięcia altruistyczne.
Zdaje się, że nasi "pierwsi sekretarze" i ich komisarze naprawdę uwierzyli, że można poniewierać związkowcami.
"Moja osoba" przygląda się temu nieco podejrzliwie, a koncyliacyjność Dudy też mi nieładnie pachnie. Nie wiem, czemu ten "nierząd" zakłada, że Duda jest taki głupi? Że da się ugadać, lub wystraszy się "twardego stanowiska" Kopaczowej albo Borusewicza, a łaskawość Komorowskiego przyjmuje z pocałowaniem prezydenckiej ręki?
Nie wiem, jak będzie z wielkimi ciężarówkami, ale podejrzewam, że wystarczy związkowcom na taczki, na dużo, dużo taczek, kiedy skończy się zamieszanie z Euro.
Bo to naprawdę powinno być święto, choćby dlatego, że już nas wszystkich kosztowało kupę kasy. Ale tak naprawdę - za długo mieszkałam na Śląsku, żebym nie była przysięgłym kibicem, więc rozumiem "nastroje wśród ludności".
Tyle, że każde święto kiedyś się kończy - a rzeczywistość skrzeczy coraz głośniej.
Pilnie przyglądam się poczynaniom związkowców. Mam wrażenie, że to - mimo wszystko - cisza przed burzą.
276
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze