Przeczytałam komentarz polityczny Łukasza Mroza a`propos homofobii Terlikowskiego. Nie znam człowieka, nie mam też zamiaru oglądać filmiku, na którym uwiecznione są miny i gesty wymienionego "homofoba" TT, uważając to za stratę czasu. Zwłaszcza na moim komputerze, poruszającym się z szybkością leniwej krowy.
Notka zainteresowała mnie z zupełnie innego, czyli merytorycznego powodu.
Jest tak: jak niektórym wiadomo, mam szczęście ( lub nieszczęście) zamieszkiwać leśne ostępy, gęsto przyozdobione jeziorami. Tu wychowały się moje i przyjacielskie dzieci, używając ich slangu - "od plemnika".
Ale rozpadły się ośrodki, wrzask protestu bił pod niebiosa - i trzeba było kupić ziemię. Dzieci na co dzień mieszały w miastach, w różnych miastach i zupełnie nie mogły sobie wyobrazić, że to kres wszystkiego, nie będzie wakacjowiska, czyli nastąpi koniec świata.
Po czym dorosły. A ja, nieszczęsna, dałam się wrobić w te leśnie ostępy, budując tu nowe życie. No, nie narzekam, może tylko trochę...
Nie to, żeby dzieciom przeszło: wracają tu w każdej wolnej chwili, z Polski i dalekiej zagranicy do szczęśliwej krainy dzieciństwa, ale to już nie to samo, zarówno dla nich, jak dla mnie.
Na szczęście urodziły się inne dzieci, przynajmniej w mojej bliskiej rodzinie, więc strata jest mniej odczuwalna: przez większość wakacji dzieci w moim domu są.
Ale...jakieś markotne. Oczywiście rozrabiają na kąpielisku, "korzystają" z lasu, z wielkiego ( już "dorosłego") ogrodu, bawią się z psami, są nawet małe kocięta, nieustanny powód szczęścia.
Póki były małe - wystarczało.
A teraz...Jedno się zaparło: nie przyjedzie w ogóle. Po powrocie z kolonii siedzi w rozpalonym mieście. Drugiemu wciąż jeszcze wystarcza mama, woda i dużo ludzi do kochania.
Trzecie, dwunastoletnie, jest jakoś mało szczęśliwe.
Długo trwało, zanim połapaliśmy się, o co chodzi: dziecku potrzebne do szczęścia są inne dzieci.
A innych dzieci nie ma.
Nie ma - i basta.
Ustaliwszy przyczynę obkolędowaliśmy cztery najbliższe kąpieliska w poszukiwaniu niezbędnych "kontaktów społecznych" - bez rezultatu. Szukać dalej - bez sensu, przecież nie puścimy małej dziewczynki samej do ewentualnie znalezionego innego dziecka, mieszkającego gdzieś, gdzie diabeł mówi "dobranoc".
W czerystu, po literkach - CZTERYSTU domkach ( no, plus - minus) osiągalnych dla dwunastolatki - nie ma "odpowiednich" dzieci. Właściwie nie ma ich w ogóle. Sprawdziliśmy. Domki są rozsiane gęsto, w jednej bliskiej okolicy, bo "Polak potrafi". Omijać ustawy potrafi: żeby dostać pozwolenie na budowę trzeba mieć działkę 1000m.
Ale po co komu aż tyle, jeśli domek wykorzystuje się okazyjnie? W tej okolicy z trudem rodzą się ziemniaki, każdy kwiatek musi być exstra - pielęgnowany. Więc ludzie kupowali te wymagane metry, dzieląc się następnie z innymi ludźmi - i tak powstawały mini - mini kawałeczki wakacyjnej swobody dla dzieci i "chatki" dla tatusiów - wędkarzy.
Łatwo to oblecieć, choćby łażąc z psami i podglądając zza płotka - są tam jakieś dzieciaki?
Ale dzieci wyrosły. Zupełnie jak moje.
Na kąpieliskach spotkaliśmy:
- jednego dwunastolatka, pętającego się między dorosłymi chłopakami i udającego z konieczności, że również jest wielce dorosły, co polegało na niezdarnych zalotach do znacznie starszych panienek. Cóż, dzieci uczą się przez naśladownictwo...
- rodzinę, która chyba planowała dwójkę dzieciaczków "kiedy już będzie ją stać" - bo rodzice z całą pewnością po trzydziestce. "Chyba" planowanie odnosi się do faktu, że państwo byli w posiadaniu jednego starszego chłopczyka i dwójki prześlicznych bliźniaków.
- dwie rodziny, wyraźnie z "saxsów", z gadżetami nieosiągalnymi w okolicznych sklepach. Dzieci przefajne, ale małe.
Niestety, dwunastolatki to nie urządzało. Ale to wszystko, co było.
Czasem w dzień "stoneczny" ( od stonki oczywiście) pojawiają się rodziny przyjeżdżające na JEDEN dzień, ale jeśli są dzieci - to również małe.
Na kąpieliskach nie ma już brodzików. Nie są potrzebne. Te pojedyncze sztuki z łatwością upilnują rodzice.
Oglądałam to wszystko z opadłą do kolan szczęką, bo w ogólnych biadaniach nad spadkiem urodzin przegapiłam "stan na własnym podwórku". U mnie dzieci są, nawet jeśli nie są to moje własne.
W epoce moich dzieci jezioro roiło się od dziecięcych wariactw, ratownicy wydzierali się do nas ze swoich pomostów, nie mogąc dać sobie rady z gówniarzami, pływającymi od pieluch, którym straszliwie przeszkadzały znienawidzone "sznurki" ogradzające dorosłe kąpieliska. Nasze jeziora to rynny: kawałeczek brodzika i raptowny zjazd dna w dół. Dopóki paskudne bachory wariowały na "dorosłej" części kąpieliska - pół biedy, ale kiedy najbezczelniej dawały nurka i objawiały się na otwartej wodzie - najpierw rozlegał się z ratowniczej "paki" krzyk protestu kierowanego do nas ( ale kto to słyszał w ogólnym bałaganie...), a póżniej następował gwizdek i wypad z wody. Oczywiście także gorąco oprotestowany - i dopiero ta awantura wciągała nas w sprawę - nasze dwunastolatki zdobywały karty pływackie mając sześć lat, zresztą u tych samych ratowników, którzy - póki co - na ogół mało się nimi przejmowali.
Dzieci były zawsze, nawet w czasach "octu i musztardy".
Nie ma dzieci...Na kąpieliskach jest cicho.
Nie do pomyślenia.
Więc podsumuję to tak, jak zwykło się mówić w innej sprawie - "nie jestem antysemitą, ale..."
Nie mam nic przeciwko gejom, ale...dzieci z tego jednak nie będzie. I nie obchodzi mnie, jakie miny robi Terlikowski. Obchodzi mnie przerażający obraz, jaki właśnie dotarł organoleptycznie do moich zmysłów.
Do tej pory idiota stojący z idiotycznym plakatem o nierodzeniu budził we mnie tyko politowanie. Teraz zaczęło mnie to przerażać.
Sprawdziłam statystyki narodzin, co gorąco polecam. Dopasujcie je sobie do "bytów politycznych". Niedługo nie będzie miał kto mówić po polsku.
Nie obiecuję dyżurowania przy komputerze, choć jestem ciekawa opinii o problemie. Jestem gospodynią w moim domu - a w nim, na szczęście, dzieci są. Potrzebują zjeść, w związku z czym udaję się w stosowne miejsce, czyli do kuchni.
Oczywiście zajrzę tu, naprawdę zżera mnie ciekawość - mieszkam w jakiejś tajemniczej, bezdzietnej enklawie?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)