Wczoraj wielu ludzi pisało o tych nieobecnych na pogrzebie.
Nie było mi ich brak.
Myślę wręcz, że Rodzina jakimiś cichutkimi kanałami dała znak, że nie są mile widziani.
Bo sprawa wydaje się dość łatwa: Komorowski jest najwyższym dowódcą armii i w sytuacjach oficjalnych może posłużyć się asystą honorową. Gdyby przyszło mu to do głowy, przez sam szacunek dla żołnierzy nie byłoby gwizdów. A na doczepkę, schowana za Bulem, mogła wkroczyć reszta gamoni.
Tylko co dalej? Wkroczyć i wykroczyć?
Już widzę, jak podchodzą z kondolencjami do pań Kaczorowskich, bo taki jest normalny rozwój sytuacji. Albo - smoleńską kłamczuchę, serdecznie rzucającą się w objęcia wdowy i córek... Brrr...
Ś.p. Prezydent Kaczorowski uznał, że może oddać insygnia pierwszemu wolnemu rządowi, pierwszemu prezydentowi, którego wybrał Naród. Co musiał czuć, kiedy już to zrobił, z ulgą i nadzieją, a potem zobaczył na własne oczy, komu zaufał?
Który to raz nadzieja okazała się płonna?
Za tę próżną nadzieję zapłacił cenę najwyższą, zapłacił życiem.
Nie On jeden czekał na wolną Polskę: przed Nim czekali wyzwolenia Żołnierze Wyklęci, żołnierze ze wszystkich pól bitewnych, z którymi Prezydent przeszedł szlak bojowy, czekali wszyscy Polacy. Z wiadomym skutkiem.
Nie wiem, dlaczego przekleństwu czerwonej zarazy odrastają kolejne łby, niczym hydrze. Ale wiem, że żaden z poległych na Siewiernym Prezydentów nie wycofałby się z tego lotu nawet wtedy, gdyby ich uprzedzono o knowaniach. Ten rodzaj polskiej historii koduje się w pamięci samoistnie: TAM ryzykuje się głową. Zawsze.
Trzeba wybierać: "pilnowanie żyrandola" - czy Polska, wraz z jej obowiązkiem moralnym wobec krwi przelanej.
Więc nie brakowało mi fałszywych kondolencji, radosnych - jak na lotnisku przed przylotem trumien - pogaduszek Komorowskiego z kolegą Tuskiem, całej tej badziewiackiej atmosferki i bezbrzeżnej głupoty.
Spokojnie obyło się bez nich.
Mnie wystarczył dzwon Zygmunta, żegnający Wielkich Polaków. Tego głosu nie da się zakłócić.


Komentarze
Pokaż komentarze