mona mona
754
BLOG

My, z katolskiego Ciemnogrodu...

mona mona Polityka Obserwuj notkę 49

W popołudniowym programie TVN24 pewna pani redaktor uparła się sprowadzić kwestię dzisiejszego odrzucenia ustawy o związkach partnerskich ad absurdum. Pytanie:  "czy pana obraża widok idących ulicą homoseksulalistów"  zadane Mularczykowi, może świadczyć, co najwyżej, o naiwności pytającej: akurat jej to powie - nawet, jeśli go obraża.

Nieszczęśnica usiłowała podpuszczać w podobny sposób senatora Koguta, traktując go jako podhalańskiego "prostaczka bożego", który z całą pewnością powie coś głupiego, co natychmiast znajdzie się  "na pasku", jako skalp, zdobyty, dzięki wybitnemu sprytowi dziennikarki. Zniecierpliwiony tą głupotą senator wyznał jej wprost, że sprawa, jego zdaniem, jest prosta: homoseksualizm jest chorobą, z której co poniektórzy pewnie będą chcieli się leczyć. Na pasku chyba się nie znalazło.

Nie sądzę, żeby osoby tak proste w obsłudze, jak owa pani, mogły zdziałać coś poczciwego dla sprawy związków partnerskich.
Proponowana ustawa jest przepięknie opakowana, jak zwykle zresztą: obejmuje wszelkie rodzaje nieformalnych związków.
I wszyscy wiemy, że jest to zabieg, mający na celu przepchnięcie kolanem prawa, zrównującego małżeństwo z tymi związkami. Chyba ze szkodą dla par, żyjących w konkubinacie z konieczności życiowej, bo za jednym zamachem im też odebrano nadzieję.


Naprawdę nie obchodzi mnie, z kim sypia poseł Biedroń. Więcej: mogę uwierzyć, że kocha i jest kochany - i niech mu będzie na zdrowie. Skąd ja, heteryczka, mogę wiedzieć, jak z tym jest, co dzieje się w sercach  ludzi,  których natura stworzyła innymi?
Ale jeśli autorzy biorą mnie za idiotkę z Ciemnogrodu - czuję się co najmniej głupio. Co gorsza - tak samo poczuli się chyba posłowie z PO, głosując przeciw nachalnej propagandzie, wciskaniu im bajki o nieszczęsnych, uciskanych parach o różnej orientacji seksualnej, które "nie chcą, no - po prostu nie chcą" zalegalizować związku.

- Dlaczego nie chcą? - pyta Brygida Grysiak Biedronia.
- Bo żyją w wolnym kraju! - odpowiada Biedroń.

W tym wolnym kraju żyją także złodzieje samochódów, jeden pan, który dziś wyniósł obraz z kościoła, pedofile, piraci drogowi, etc, etc, etc. A co, jeśli zakrzykną wielkim głosem - "żyję w wolnym kraju, według własnych zasad - i dajcie mi do tego prawo" ?
Ale także ci, którzy - z biedy - kradną w sklepach, czasem - żeby zwyczajnie nakarmić dzieci.
Mają prawo kraść?


Już słyszę odpowiedzi, że to coś zupełnie innego: geje nie popełniają przestępstwa, nie szkodzą społeczeństwu.

Niestety, jestem odmiennego zdania. Nie mówmy o przestępstwach, ale co do szkód...

 Tym razem -ostrożnie - nie było w ustawie nic o adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Ale przecież, w ramach tej miłości, o której tak chętnie mówi Biedroń, zawiera się także potrzeba "miłości rodzinnej" - i nie ma mowy, żeby w końcu, kroczek po kroczku ( jak uczy doświadczenie innych krajów) , nie doszło do nowych propozycji.
 
Przecież to miłość! Wolność!

Tylko że z czasem ta wolność prowadzi do ograniczenia wolności, jeśli prawo zaczyna zakazywać normalnego określania rodziców słowami "tata" i "mama", a w zamian "numeruje" rodziców. A zwykło się przecież zakreślać granice wolności tym obszarem, który nie narusza praw innych. Takie są skutki przyzwalania na kaprysy adopcyjne "uciśnionych".


Parze lesbijskiej, na upartego,  dałabym to prawo, nawet - do in vitro. Kobieta jednak jest wyposażona w instynkt macierzyński ( pominąwszy wyjątki, czasem zbrodnicze, a także zdanie pani Środy), ale z reguły dotyczy to jej własnego dziecka. Dla "drugiej części" związku byłoby to dziecko obce. No, cóż, najwyżej jedna z kobiet zostałaby samotną matką, zupełnie tak samo, jak opuszczona heteryczka. Nie sądzę, żeby w jakieś szczególny sposób sytuacja była zakłóceniem wrażliwości społecznej: kobieta jako matka nie narusza "porządku świata".

Natomiast parze gejów - nigdy w życiu.

Dziecko potrzebuje kontaktów społecznych: piaskownicy, przedszkola, kolegów szkolnych. Nic z tego nie byłoby mu dane.
Na widok pary gejów, czule zajmującej się dzieckiem na blokowym placyku zabaw, matki natychmiast zabrałyby własne dzieci, nie szczędząc "tatusiowi i mamusi" własnych, a bardzo głośnych przemyśleń, choćby na temat na temat AIDIS. Tam, gdzie w grę wchodzą dzieci - kończy się cierpliwość.

 Widzicie państwo los takiego dziecka? To właśnie uważam za szkodę: narażenie dziecka, ale także jego otoczenia  na stress.

I nie ma co wyrzekać na katoli i Ciemnogród. Tak po prostu jest. Żeby nie wiem jak Palikot i palikociarnia pyskowali "na biskupów", Kościół, nieco zresztą ostatnio pogubiony,  ma istotny udział w tym, że wciąż mówimy po polsku. Od wieków.
 
Taka jest nasza historia. Nie musimy się wieszać księżom na szyi - ale spróbujcie zamknąć kościoły!

Ciemnogrodem okazała się ostatnio Francja, podobno zlaicyzowana do cna. Tak, bez powodu?

Słyszałam dziś w sejmie odwoływanie się do historii małżeństw sprzed Soboru Trydenckiego. Posłowi Kaliszowi coś się pomyliło? Przecież nikt nie zabiegał w ustawie o pobłogosławienie związków nieformalnych przez Kościół? Niezależnie od tego, że świętość związku małżeńskiego była uznawana w całym świecie antycznym, a w świecie chrześcijańskim - także przed Soborem

Czy poseł miał może na myśli grecką swobodę seksualną? No, cóż - było z tym trochę inaczej: młodziutki efeb stanowił wyłącznie zabawkę starszych panów,  nawet jeśli go "kochali". Nie było mowy o partnerstwie. A ojcowie, mający jakieś znaczenie w społeczeństwie, bardzo dbali o to, żeby ich synów ten "zaszczyt" nie spotkał.

Czy było to szeroko tolerowane?  Co mówi sam Platon?

 „Niektórzy mówią o nich, że to bezwstydnicy, ale to przecież nieprawda. Bo to nie występuje u nich na tle bezczelności, tylko raczej na tle śmiałości, odwagi i pewnego męskiego zacięcia - kochają przecież to, co do nich samych podobne. Silnie za tym i fakty przemawiają. Przecież tacy młodzi panowie, jak tylko który podrośnie, zaraz się poświęca karierze politycznej, a kiedy który jest już dojrzałym mężczyzną, poświęca się wówczas pederastii, niewiele dbając o żonę i o robienie dzieci. W celibacie żyje każdy, a jeden drugiemu wystarcza”.

Bardzo prospołeczne podejście, czyż nie?
Niezależnie od tego, co było praprzyczyną  zawartą w greckim credo - "nie jest koniecznym żyć, koniecznym jest - żeglować". Samotność na morzu wyjaśniała - i usprawiedliwiała wiele spraw.

Ale sam Platon twierdzi wszak, że zabawy panów nie zachwycały części społeczeństwa.

A już to, co poniżej - tym mniej, jak mniemam.

http://img225.imageshack.us/img225/453/ulotki23tm.jpg
http://img529.imageshack.us/img529/3593/ulotki37ih.jpg
http://img529.imageshack.us/img529/808/ulotki44wo.jpg

Te linki działają, jak chcą - raz się otwierają, raz nie. Jeśli komuś się nie otworzą, może lepiej dla niego. W każdym razie te propagandę uważam za rodzaj naruszenia dobra społecznego, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci. "Miłość" jest imtymna, nie wymaga propagowania.

mona
O mnie mona

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (49)

Inne tematy w dziale Polityka