Zeszłoroczne wybory parlamentarne dały mandat do rządzenia państwem Platformie Obywatelskiej i wyłonionemu w ramach koalicji z PSL rządowi Donalda Tuska. Wydawało się, że Tusk znajduje się w komfortowej sytuacji, posiadając nie tylko wyraźną większość w Sejmie i Senacie, ale również pewność odrzucenia ewentualnego weta prezydenta, którym pozostaje Lech Kaczyński. „Kto jak kto” – uspokajali się zapewne politycy PO – „ale komuniści nie zagłosują tak jak Kaczory”.
Tymczasem SLD ulegał postępującej marginalizacji. Sojuszowi nie udało się przebić do I ligi rywalizacji wyborczej, gdyż gwarantujący to – wydawałoby się – Aleksander Kwaśniewski dokonał skutecznej autodestrukcji swojego wizerunku męża stanu. Kiepski wynik wyborczy koalicji LiD doprowadził do jej rychłego rozpadu i utraty przywództwa SLD przez Wojciecha Olejniczaka. Nowy przewodniczący Sojuszu, Grzegorz Napieralski, początkowo sprawiał nieco komiczne wrażenie, pozując na polskiego Zapatero, a jego wewnątrzpartyjni przeciwnicy uśmiechali się ironicznie, przewidując szybki upadek jego politycznej kariery. Nikt nie spodziewał się raczej, że głosowanie w sprawie prezydenckiego weta stanie się okazją do powrotu SLD w zasięg światła jupiterów.
Platforma Obywatelska nadal traktowała SLD z góry, nie wierząc w inny scenariusz, niż ten, który zakładał wspólne odrzucenie sprzeciwu Lecha Kaczyńskiego wobec projektu tak zwanej ustawy medialnej. Przymierze SLD z PiS-em wydawało się nie do pomyślenia, co mocno uderzało w pozycję negocjacyjną Napieralskiego.
Młody szef Sojuszu zachował się jednak jak zawodowy i bezwzględny terrorysta, który wziąwszy zakładników żąda worka pieniędzy i transportu na międzynarodowe lotnisko. Taki złoczyńca wie, że nie zostanie potraktowany poważnie, jeżeli nie zastrzeli jednego ze swoich jeńców. Grzegorz Napieralski tak właśnie postąpił – wbrew oczekiwaniom Platformy (i zapewne dużej części polityków SLD) nakazał klubowi Sojuszu wstrzymanie się od głosu. Co de facto oznaczało wsparcie posłów Prawa i Sprawiedliwości.
Co zyskał na tym Sojusz Lewicy Demokratycznej? Na pewno uwagę i poważniejsze traktowanie przez rządzącą PO w przyszłości. Co stracił? Na pewno sympatię części wyborców – terrorysta, który pozbawił życia zakładnika nie budzi zazwyczaj ciepłych uczuć, a przymierze ze znienawidzonym przez lewicę PiS-em zwolennicy Sojuszu są w stanie traktować równie poważnie. Szok wyborców SLD może złagodzić teraz tylko sukces – a takim sukcesem będą równoprawne negocjacje z Platformą przy okazji kolejnego znaczącego głosowania i zgodne pognębienie braci Kaczyńskich. Wówczas winy zostaną Napieralskiemu przebaczone i zamiast zdrady ideałów będzie mu pamiętane wydobycie polskiej lewicy z niebytu.
PS, czyli kuriozum dnia dzisiejszego:
Andrzej Urbański, prezes TVP zapowiedział impeachment prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ani chybi pan prezes posądza część posłów i senatorów PiS o chęć podniesienia świętokradczej ręki na głowę państwa, gdyż bez nich – w świetle obowiązującej konstytucji – nijak się tego dokonać nie da. Cóż, Andrzej zwany przez niektórych pieszczotliwie Pontonem, wszak dogłębnie poznał środowisko braci Kaczyńskich i może wie o czymś, o czym nikt inny nie wie.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)