Rosja zatem wycofuje się z Gruzji, jednak nie ze "strefy buforowej" wokół Osetii Południowej. Patrząc na mapę trudno zrozumieć logikę tego zdania, gdyż, jakby nie patrzeć, Osetia Południowa jest częścią Gruzji. Analogicznie - gdyby Rosja dokonała najazdu na Polskę z Królewca, zapędziła się do Pułtuska niszcząc po drodze wszelkie instalacje wojskowe i nie tylko, po czym ogłosiła uroczyście, że wycofuje się, zostawiając tylko posterunki wokół Warmii i Mazur, chyba poczulibyśmy w tym pewien fałsz?
Powstaje pytanie - jak na to zareagować? Pośrednio zadał mi je Michał Skrzetlewski w komentarzu do poprzedniej notki, w której skrytykowałem wizję bezpieczeństwa Jarosława Gowina. Najwygodniej byłoby odpowiedzieć, że nie wiem i zasłonić się listą mędrców, którzy też znajdują się w podobnym stanie. Aby jednak nie dawać dziennikarzom asumptu do lekceważenia blogosfery (pisze o tym FreeYourMind), brak wiedzy zastąpię opinią.
Opinia ta brzmi, że NATO - i szerzej Zachód - nie może dać się zastraszyć. Operacja militarna Rosji w Gruzji to klasyczna agresja zakazana przez prawo międzynarodowe, w stylu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Jej deklarowanym celem jest zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom rosyjskim w Osetii, faktycznym bezpośrednim celem jest zaś podporządkowanie sobie Gruzji i być może pokierowanie jej polityką wewnętrzną (obalenie Michaila Saakaszwilego). Jednak jest i cel pośredni - prawdopodobnie ważniejszy. Jest nim wysondowanie możliwości manewru umocnionej na nowo Rosji i sprawdzenie reakcji Stanów Zjednoczonych i Europy na takie poczynania. Jeżeli reakcja będzie słaba, zostanie otwarta droga do dalszych podbojów - następny w kolejce jest Krym, a potem być może cała Ukraina, Azja Środkowa i państwa bałtyckie. Nie oznacza to naturalnie konieczności przesuwania granic, wystarczy stworzenie strefy wpływu i kontroli nad kluczowymi państwami Eurazji.
Zastraszenie Zachodu będzie tragiczne w skutkach właściwie dla wszystkich. Oczywiście dla Gruzji, gdyż stanie się satelitą Rosji. Dla Stanów Zjednoczonych, które prowadząc kosztowną, "gorącą" wojnę z terroryzmem nie mogą sobie pozwolić na rozpoczęcie "zimnej" z Moskwą. Dla Europy, która ponownie stanie się małym, nic nie znaczącym cypelkiem przyczepionym do euroazjatyckiego mocarstwa. Dla naszych wschodnich sąsiadów, którzy znajdą się na taśmociągu prowadzącym do maszyny, która formuje neo-ZSRR. Dla ONZ, której autorytet padnie już całkowicie, gdy państwo należące do stałych członków Rady Bezpieczeństwa dopuszcza się wojen najeźdźczych. Wreszcie dla samej Rosji, w której na długie lata utrwalone zostaną autorytarne rządu tandemu Putin-Medwiediew, pogromców dokuczliwej Gruzji i zgniłego Zachodu.
USA, NATO, Europa nie mogą "odpuścić" sprawy Gruzji. Rosja jako taka nie może zostać dopuszczona do roli supermocarstwa, a czasy, gdy supremację w stosunkach międzynarodowych ustalało się poprzez liczbę czołgów, rakiet i żołnierzy, powinny odejść w przeszłość. Dość mamy "nowych wojen" (vide koncepcja Kaldor), byśmy musieli zmagać się z powrotem "starych".
Jak daleko należałoby się posunąć, by zdecydowanie Zachodu stało się wyraźne? To temat na kolejną notkę, jednak trzeba podkreślić - sama dyplomacja nie wystarczy, bo Rosja już przestała ograniczać się wyłącznie do tej metody.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)