W historii III RP mieliśmy już strajki, demonstracje i protesty niemal wszystkich grup zawodowych, a może i społecznych. Każdy kolejny rząd miał okazję posmakować "gniewu ludu", gdy na ulice wychodzili górnicy, stoczniowcy, rolnicy, nauczyciele, a nawet przedszkolaki (może nie na ulicę dosłownie, ale na chodnik przed MEN).
Do tej pory jednak nie było chyba protestu osób, które otwarcie przyznają się do łamania prawa, a domagających się od władz Polski... przywrócenia ułatwiających owo łamanie przepisów.
Granicę polsko-ukraińską miałem okazję przekraczać wielokrotnie, wszystkimi sposobami, począwszy od pieszego przejścia z plecakiem, poprzez autobus i pociąg, aż po prywatny samochód. Ponieważ wcześniej poznałem już granice w zachodniej Europie, z początku przecierałem oczy ze zdumienia, widząc wielokilometrowe kolejki, wysokie płoty i podejrzliwych celników. Szybko jednak przywykłem do tego osobliwego klimatu na współczesnych Kresach i nawet dostrzegłem pewien koloryt w przemytniczej pomysłowości i ich ciągłej grze w kotka i myszkę z równie pomysłowymi celnikami.
Koloryt kolorytem, ale absurd absurdem. Nie tak dawno na polsko-słowackich przejściach również stały kolejki "turystów", którzy w siatkach dźwigali dobre i tanie słowackie piwo, a celnicy skwapliwie liczyli butelki i przeglądali bagażniki samochodów. To wszystko zniknęło po wejściu Polski do UE (a po wejściu do strefy Schengen zamknięto na głucho także budki strażnicze) i wbrew kasandrycznym przepowiedniom Żywiec nie został zastąpiony na rynku słowackim Złotym Bażantem. Obecnie, przemykając bez zatrzymywania się przez granicę z naszym południowym sąsiadem trudno oprzeć się wrażeniu, że ustawianie płotów na wschodzie również nie ma najmniejszego sensu. Być może w województwie lubelskim spożycie Wyborowej spadłoby nieco na rzecz Chortycy, ale cóż z tego? Czy to naprawdę warte jest zatrudniania setek celników i upokarzania ludzi przez drobiazgowe rewizje?
Granica polsko-ukraińska w obecnej formie to absurd. Ale granice absurdu przekroczyły również "mrówki", które żądają od polskich władz ułatwienia im pracy, polegającej na łamaniu prawa. Nie do przyjęcia jest również tłumaczenie, że to przecież "ich sposób na życie" - kradzież samochodów to również swego rodzaju sposób na życie, a przecież nie widzimy przed Kancelarią Premiera demonstracji złodziei samochodów żądających zakazu sprzedaży w Polsce immobiliserów!
Przyjmijmy Ukrainę do Unii Europejskiej i znieśmy kontrolę celną na naszej wschodniej granicy, ale póki co - niechże przejścia graniczne służą normalnym podróżnym, a nie przemytnikom.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)