4 obserwujących
426 notek
641k odsłon
  3266   0

Jeszcze nie gotowi

Nie jest łatwo zaatakować kraj, który oprócz pokaźnej nowoczesnej armii, dysponuje sprawną obroną terytorialną i regularnie przygotowuje swoje społeczeństwo na najgorszą ewentualność. Za to bardzo łatwo jest szantażować państwa bezbronne.

Aby uniknąć najazdu lub nie ugiąć się pod szantażem, Polska potrzebuje poważnych zmian w strategii bezpieczeństwa. Obecnie jesteśmy gotowi na kolejną klęskę, ale nie na zwycięską konfrontację z potencjalnym zaborcą.
 
Nowe otwarcie na obronność opiera się na czterech filarach: przysposobieniu obronnym, zasadniczej służbie wojskowej, Obronie Terytorialnej i Obronie Cywilnej.
 
Hannibal ante portas!
 
Osiemdziesiąt tysięcy polskich żołnierzy, dwieście pięćdziesiąt niemieckich czołgów i pięćdziesiąt amerykańskich myśliwców, to stanowczo za mało, aby obronić Polskę przed napaścią. Ostatnie wydarzenia pokazały, że dosłownie w każdej chwili na arenę międzynarodową może wtargnąć bezwzględny uzurpator, gotów zburzyć dotychczasowy ład i narzucić słabszym swój porządek. Sankcje gospodarcze mu niestraszne, bo prywatny majątek ma olbrzymi, a dola własnych obywateli mało go obchodzi.
 
Nasz kraj jest wystawiony na atak. Groźba nalotów na skupiska ludności nie tylko wywołałaby powszechną panikę, ale też stałaby się skutecznym instrumentem nacisku na polski rząd. Społeczeństwo jest nieprzygotowane. Ludność nie umiałaby się zachować, a brak środków ochrony osobistej i schronów, uczyniłby z niej łatwy łup dla bezwzględnego napastnika. Rząd w obawie o los cywili, nie będzie w stanie pertraktować twardo. Groźba dla ludności, to kula u nogi skutecznej dyplomacji.
 
Podobnie jak braki w przygotowaniu militarnym. A te braki, wbrew rządowemu optymizmowi, są spore. Jeśli my się z nimi nie uporamy, to z nami upora się najeźdźca. Żaden sojusznik nie zastąpi nam armii i systemu ochrony ludności.
 
Przysposobienie obronne
 
Armię należy dozbroić i powiększyć. Dwieście tysięcy, to realny pułap. Ale ta armia będzie potrzebować uzupełnień. Aby mieć kim zasilić jej szeregi, musimy odbudować potencjał rezerwistów. A społeczeństwo trzeba zacząć edukować w zakresie bezpieczeństwa. Należy wprowadzić do szkół nowoczesne przysposobienie obronne. Jego ideą byłoby stopniowe przygotowywanie młodego człowieka do funkcjonowania w warunkach zagrożenia, klęsk żywiołowych i wojny. Kontynuacją edukacji obronnej byłaby obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa w jednostkach Obrony Terytorialnej.
 
Podstawówka – w dwuszeregu zbiórka!
 
W szkole podstawowej dzieci powinny poznać sens podstawowych komend i opanować umiejętność ich wykonywania. Sprawne zebranie się i ustawienie się w określonym szyku - szeregu, lub dwuszeregu - czy właściwe reagowanie na komendę „baczność”, to w sytuacji kryzysowej podstawowy czynnik wpływający na szybkość i efektywność przemieszczania grup ludności. Na poziomie szkoły podstawowej dzieci bez problemu opanują umiejętność wykonywania zwrotów, odliczania w szyku i nabędą świadomość, w jaki sposób te „wojskowe” kompetencje przekładają się na ich osobiste bezpieczeństwo. Łatwo przekonają się o tym, gdy zobaczą, o ile sprawniej, po takim przygotowaniu, są w stanie opuścić budynek szkoły i udać się do bezpiecznego miejsca. Jednak niezbędnym warunkiem, aby mogły się o tym przekonać, jest wprowadzenie regularnych ćwiczebnych alarmów.
 
Nie jesteśmy do nich przyzwyczajeni, jako społeczeństwo. Wynika stąd poważne zagrożenie, że gdy sygnał alarmu się rozlegnie, to albo nie weźmiemy go na poważnie, albo nie będziemy potrafili adekwatnie zareagować. Aby alarm, na przykład przeciwpożarowy, czy przeciwlotniczy, stał się realnym instrumentem ochrony ludności, działanie w jego reżimie musi się stać odruchem. Taki odruch należy wpajać ludziom już od dziecka.
 
Inna sprawa, że po usłyszeniu alarmu, nie bardzo będziemy mieli gdzie się ukryć. Polska nie ma schronów! Nie mamy też obrony cywilnej. Trzeba ten problem systemowo rozwiązać i dziarsko zabrać się do ich budowy.
 
Umiejętność udzielenia pierwszej pomocy, to podstawowa kompetencja w zakresie bezpieczeństwa osobistego. Także w czasie pokoju. Zasadność umieszczenia tego elementu już na starcie procesu edukacji obronnej, jest oczywista. Dzieci lubią pomagać i chętnie uczą się, jak to robić.
 
Wiedza teoretyczna w zakresie spraw wojskowych powinna obejmować wyłącznie niezbędny zakres wiadomości. Elementów do opanowania nie może być dużo, bo uczniowie się zniechęcą, a kompetencje – nie zostaną przyswojone. Żadnego powielania zajęć z historii. Żadnej pustej paplaniny. Na początek wystarczy, że każdy uczeń będzie znał stopnie wojskowe wojsk lądowych i rozumiał, że zachodzi między nimi gradacja. Dzieci powinny też rozumieć rolę poszczególnych służb w systemie bezpieczeństwa.
 
Aby realizacja tego założenia była możliwa, spełnione muszą być dwa warunki. Stopnie wojskowe i służbowe w formacjach mundurowych trzeba ujednolicić, a ich skalę zredukować. Zbyt dużo tu kolorytu, który być może cieszy oko i raduje duszę dekownika na ciepłej mundurowej posadce. Ale absolutnie nie sprzyja podniesieniu obronnej świadomości społeczeństwa. Aspirant, starszy kapitan, brygadier, podinspektor, nadkomisarz, ogniomistrz, sztabowy, starszy sztabowy… Sporo tych rang, specyficznych dla poszczególnych formacji. Nieczytelna rola osobowego korpusu chorążych (aspirantów) w niektórych formacjach i brak tego korpusu w wojsku, dodatkowo „wzbogacają” ten miszmasz. Nie każdy mundurowy potrafi się w tym rozeznać, a co dopiero cywil, od którego chcielibyśmy oczekiwać, aby sprawnie reagował na potrzeby, wynikające z szybko zmieniającej się sytuacji w czasie wojny lub kryzysu.
 
Stopnie wojskowe
 
Rozwiązanie jest proste. Korpusy chorążych / aspirantów należy zlikwidować, a skalę stopni skrócić i ujednolicić. Oto, jak mogłaby ona docelowo wyglądać:
 
korpus osobowy szeregowych
Szeregowy
Starszy szeregowy
 
korpus osobowy podoficerów
Kapral
Plutonowy
Sierżant
Starszy sierżant
 
korpus osobowy oficerów
Chorąży
Podporucznik
Porucznik
Kapitan
Major
Podpułkownik
Pułkownik
Generał brygady
Generał dywizji
Generał broni
Generał armii
Generał sił zbrojnych
 
Najistotniejszą zmianą byłoby włączenie stopnia chorążego do korpusu oficerów. Nie byłaby to nowość w polskiej armii, gdyż rozwiązanie takie funkcjonowało już w latach dwudziestych i czterdziestych ubiegłego stulecia. Zmiana ta przyniosłaby w efekcie sporo profitów. Po pierwsze każdy, nawet zatwardziały cywil, rozumiałby wreszcie zależność między tytułem „podchorąży” a stopniem „chorąży”. Gdy chorąży jest pierwszym stopniem oficerskim, łatwo zrozumieć, że podchorąży jest kandydatem na oficera. Można by także usunąć wreszcie pewien paradoks, związany z oznaczeniem stopni oficerów młodszych. Oznaczenie ich rang zaczyna się od dwóch gwiazdek, co nie znajduje żadnego rozsądnego uzasadnienia, poza jednym: jest historycznie uwarunkowane właśnie tym, że w dawnych czasach jedną gwiazdkę miał chorąży, jako najmłodszy stopniem oficer.
 
Inną ważną zmianą byłoby utworzenie stopnia generała sił zbrojnych. Ta ranga byłaby przeznaczona dla dowódcy generalnego rodzajów sił zbrojnych. Pięciogwiazdkowy generał byłby równorzędnym, pod względem prestiżu, partnerem dla najwyższych dowódców z armii państw sojuszniczych.
 
Gimnazjum – maski włóż!
 
W gimnazjum dzieci „miałyby do opanowania” stopnie marynarskie. Poznałyby także podstawowe rodzaje uzbrojenia. Tak, aby rozumiały różnice między myśliwcem a bombowcem, czołgiem a bojowym wozem piechoty i między niszczycielem a pancernikiem. No i żeby odróżniały pistolet od rewolweru. A w zakresie kompetencji praktycznych doszłaby umiejętność użycia maski przeciwgazowej. Czy będzie to „słoń”, czy sprzęt nowszej generacji, nie może on stanowić obiektu żartów, ani deprymować egzotyką. Sprawne nałożenie maski, brak lęku przed poruszaniem się w niej i rzetelna konserwacja, to elementarne umiejętności, tak dla uczniów, jak i dla nauczycieli. Szkoły muszą posiadać odpowiednią liczbę masek. Powinny dysponować nawet pewną nadwyżką, aby w sytuacji zagrożenia móc wesprzeć także rodziców, którzy będą na terenie szkoły poszukiwać schronienia.
 
Liceum – cel pal!
 
Do szkoły średniej trafiałby obywatel, który adekwatnie reaguje na sygnał alarmu, potrafi wraz z innymi utworzyć określony szyk i szybko przemieścić się w zadanym kierunku. Ten obywatel swobodnie będzie posługiwał się środkami ochrony osobistej i bez wahania udzieli pierwszej pomocy osobom potrzebującym. Rozpozna rangę służbową przedstawiciela służb mundurowych i „nie zapomni języka w gębie”. Dzięki tej podstawowej ogładzie będzie mógł w pewnym zakresie wykonywać zadania, wynikające z konieczności obywatelskiego wsparcia dla działających żołnierzy i funkcjonariuszy.
 
A co dodatkowo? Umiejętność posługiwania się bronią palną. Kiedyś już to było w szkołach. Strzelanie z kbks-ów, czyli karabinków sportowych. I stanowiło dla uczniów największą atrakcję. Ale nie o ubaw chodzi. Ani nawet nie o urozmaicenie szkolnej monotonii. Chodzi o kształtowanie podstawowych umiejętności w kontakcie z bronią. Ładowanie amunicji, ewentualnie rozładowanie, zgrywanie przyrządów celowniczych i opanowanie techniki strzeleckiej. Uczeń szkoły średniej bez nerwów załaduje karabinek, wyceluje i trafnie umieści pocisk w tarczy. O ile sprawniej będzie potem przebiegać jego szkolenie strzeleckie, gdy, już jako żołnierz, dostanie do ręki bojową broń strzelecką.
 
Teoretyczną wiedzę licealisty wzbogacić powinny informacje o podstawowej strukturze organizacyjnej wojsk lądowych. Uczeń pozna pojęcia drużyny, plutonu, kompanii, batalionu, brygady, dywizji. Będzie wiedział ilu mniej więcej żołnierzy tworzy każdy szczebel. Dowie się o organizacji wybranych struktur innych rodzajów wojsk i formacji mundurowych.
 
A na maturze obok „matmy” i „polaka” będzie też rozliczany z pierwszej pomocy.
 
Zasadnicza służba wojskowa
 
Co dalej, maturzysto? Jeśli zdrówko pozwoli, to w kamasze. Chłopak, dziewczyna – bez różnicy. Po ukończeniu szkoły średniej, lub po osiągnięciu pełnoletności, każdy obywatel obowiązkowo powinien odbyć zasadniczą służbę wojskową. Trwałaby ona trzy miesiące. Latem - aby ci, którzy zechcą studiować, nie stracili roku. Szkolenie w ramach zasadniczej służby wojskowej odbywałoby się w jednostkach Obrony Terytorialnej.
 
Ale najpierw trzeba tę formację utworzyć.
 
Obrona Terytorialna
 
Jednostki OT, działając lokalnie, w organizacji batalionowej, dawałyby pierwszy odpór najeźdźcy. A gdy do akcji weszłyby wojska operacyjne, „terytorialsi” stanowiliby ich uzupełnienie. Na terenach zajętych przez wroga struktury OT byłyby naturalnym zalążkiem oddziałów partyzanckich. Obrona Terytorialna potrzebuje lekkiego uzbrojenia, broni przeciwpancernej i umiejętności maksymalnego wyzyskania potencjału terenowego. Jej szeregi zasilą lokalni mieszkańcy, znający obszar działania i posiadający podstawowe przygotowanie wojskowe.
 
To przygotowanie zdobędą właśnie podczas zasadniczej służby wojskowej w „swoich” jednostkach OT. Złoży się na nie wyszkolenie strzeleckie, podstawy topografii, zasady maskowania i elementy „czerwonej taktyki” (ewakuacja i ochrona rannych w boju). Czego więcej potrzebuje obywatel wbity w mundur, aby nie dać się zabić i innym dać ochronę lub czas na działanie.
 
Reszta składu osobowego jednostek OT, to nieliczna kadra zawodowa i zawodowi rezerwiści, którzy obecnie zasilają szeregi Narodowych Sił Rezerwowych. Obrona Terytorialna zastąpiłaby NSR. Odbycie zasadniczej służby wojskowej w OT byłoby warunkiem nieodzownym, aby zostać zawodowym żołnierzem, lub funkcjonariuszem innych formacji. W kolejnych latach uzupełnieniem zasadniczej służby wojskowej byłyby coroczne dwutygodniowe szkolenia, organizowane latem i zimą. Udział w nich byłby obowiązkowy, ale uczestnik zyskiwałby taki profit, że każde zaświadczenie o odbytym szkoleniu przekładałoby się na ulgi podatkowe dla jego pracodawców. Nie ponosiłby więc z tego tytułu uszczerbku w miejscu zatrudnienia.
 
Obrona Cywilna
 
Było kiedyś coś takiego. To w kompetencji tego organu leży utrzymanie schronów, indywidualnych środków ochrony – dla ludności i zwierząt hodowlanych i koordynacja pomocy medycznej dla poszkodowanych. W pamięci tych, co dorastali w PRL, OC najsilniej skojarzona jest z dość zabawnie dziś brzmiącymi poradami, jak przetrwać wybuch atomowy. Była tam mowa o jakimś sikaniu na gazę i o prześcieradle, którym trzeba się okryć. A leżeć trzeba koniecznie nogami (albo głową?) w stronę grzyba.
 
Ale przecież nie o to chodzi, aby idea ochrony ludności przed skażeniami i skutkami rażenia bronią masowej zagłady, budziła zabawne wspomnienia, albo pusty śmiech. Obrona cywilna w Polsce nie istnieje. Zostały po niej szczątkowe struktury. Na stadiony kasa jest. Na obłąkańczą kampanię promującą olimpiadę w Krakowie, jest. Na limuzyny, poselskie tablety, policyjne logo – są dosłownie miliardy. A na obronę cywilną Polski nie stać? To musi zacząć być stać!
 
Szantaż i pokojowy dialog
 
Nie jest łatwo zaatakować kraj, który oprócz pokaźnej nowoczesnej armii, dysponuje sprawną obroną terytorialną i regularnie przygotowuje swoje społeczeństwo na najgorszą ewentualność. Za to bardzo łatwo jest szantażować państwa bezbronne. Albo takie, które do starcia z najeźdźcą przygotowane są fragmentarycznie. Szczególnie, gdy napastnik w najmniejszym stopniu nie liczy się z bezpieczeństwem własnej ludności. Wtedy żadna wizja odwetu nie zrobi na nim wrażenia. Prognoza strat cywilnych po własnej stronie nie będzie działać na niego hamująco.
 
Gdy ludność nie umie reagować na zagrożenia, albo nie ma się gdzie przed nimi ukryć, garstka wojsk operacyjnych nie zapobiegnie katastrofie. Szantaż może okazać się skuteczną strategią. A wojsk operacyjnych naprawdę mamy garstkę. Zużyjemy ją szybko, a pomoc sojusznicza nie zapewni przywrócenia status quo. Sojusznicy pomogą nam co najwyżej wynegocjować z napastnikiem jakieś warunki do „pokojowego dialogu”. Ciekawe kosztem ilu prowincji. Dlatego jedynym sposobem na uniknięcie takiego rozwoju wypadków, jest nie dać na siebie napaść. Czyli zniechęcić wroga, zanim wpadnie na pomysł, aby szukać zbrojnego rozstrzygnięcia. Albo już w progu dać mu tak bolesny odpór, że szybko poniecha najazdu. Ten odpór będzie tym skuteczniejszy, im bezpieczniejsza będzie ludność cywilna, im silniejsza będzie armia i im wydajniej system mobilizacyjny uzupełni walczące wojska rezerwistami.
 
Przysposobienie obronne, zasadnicza służba wojskowa, Obrona Terytorialna i Obrona Cywilna – to cztery filary strategii bezpieczeństwa. Nieliczna armia, pozbawiona rezerw, szybko się wykruszy. A niewyszkolona ludność, pozbawiona schronów, zostanie zmasakrowana. Aby uniknąć najazdu, lub nie ugiąć się pod szantażem, Polska potrzebuje poważnych, pilnych zmian w dziedzinie obronności.

Przeczytaj także: POTRZEBUJEMY WIĘCEJ WOJSKA


 

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale