Wszystko już niemal zostało odzyskane i ministerstwa i urzędy, grzędy ułożone przez stary układ zaorano starannie, by wyrosły na nich nowe, piękne roślinki. A wszystko to oczywiście dla dobra nas - Polaków, dla dobra Rz-plitej i prawdziwej demokracji - bez łżeelit, układów i kuluarowych nacisków i "ustawiań".
Oficjalnie demokracja i jej mechanizmy działają znakomicie, całkowicie niezależne od jakichkolwiek nacisków (co jest jak mawiają Kaczyńscy - oczywiste). Jednak od czasu do czasu prominentnym przedstawicielom rządzącej koalicji wyrwie się nieopatrznie słówko, które pokazuje jak naprawdę są traktowane zasady państwa prawa.
Wicepremier Andrzej L. oficjalnie zapowiada, że jeśli Trybunał Konstytucyjny ośmieli się wydać wyrok nie po jego myśli, to nastąpi koniec. Nie świata co prawda, ale koalicji. Słowa te wicepremier kieruje do premiera, czyli lidera partii o nazwie Prawo i Sprawiedliwość kreującego się na Katona Młodszego i Starszego jednocześnie.
Co oznacza w wolnym przekładzie, z polskiego na polski, to stwierdzenie. Ano nic innego jak żądanie od premiera, aby wziął za pysk tych cholernych wykształciuchów z Trybunału Konstytucyjnego, jeśli nie chce mieć kolejnego kryzysu rządowego.
Nie może przecież być tak, że jakiś tam trybunał będzie gadał co mu Konstytucja na język przyniesie. Nawet jeśli Samoobrona złamała ten dokumencik raz czy dwa, to przecież to wcale nie znaczy, że Trybunał ma od razu drzeć mordę. Można i należy mu tę mordę zamknąć dla dobra IV RP. I tego właśnie pan wicepremier od pana premiera oficjalnie oczekuje.
Ciekawe, czy premier i wicepremier, PiS i Samoobrona odzyskają Trybunał Konstytucyjny. Stawiam dolary przeciw orzechom, że tak.


Komentarze
Pokaż komentarze