Natura tak mądrze wszystko ułożyła, że nic w niej się nie marnuje. Każdy smród ma swojego wielbiciela, każda wstrętność czemuś służy (najczęściej przedłużeniu gatunku). Jednym słowem – naturalia non sunt turpia.
Taki na ten przykład skarabeusz, dla wychowania swego potomstwa – potrzebuje kulki, dość sporych rozmiarów, (excuse moi), gówna. Bez niego żegnaj potomstwo, żegnaj przyszłości, żegnaj gatunku.
Ewolucja nie zawsze jest zgodna z oczekiwaniami ludzi. Powstają formy wstrętne i wydawałoby się całkiem niepotrzebne. Przyroda zamiast tworzyć tylko piękne kwiatki i zwierzątka miłe w dotyku i świetne w smaku, wpada czasem na pomysł, aby wyewulowało coś, co staje się np. rybą fugu. Nie dość, że brzydkie to jak kupa jeża, to jeszcze potrafi otruć nad wyraz skutecznie. Jednak takifugu (a szczególnie torafugu), umiejętnie przyrządzona i spożyta jest niezwykle smakowita. Nie brakuje ryzykantów, którzy znajdują wyszukaną przyjemność w hazardzie jedzenia tego paskudztwa. Do ekstazy doprowadza ich każdorazowe obstawianie - czy tym razem uda się i poczuję rozkosz podniebienia, czy też umrę zniknę i mnie nie będzie. Jak z każdym hazardem - co rozgrywka trzeba podnosić stawkę. Inaczej adrenalina opada i nici z euforii. Aż do stawki ostatecznej - wóz albo przewóz. Walimy od góry.
Człowiek w swej ewolucji potwierdza jedynie to co napisałem powyżej. Zamiast starać się wypełniać zalecenia wszystkich religii świata – czyli dążyć do doskonałości, zwalczać małostkowość, zawiść i inne grzechy, najczęściej dochodzi do perfekcji w ich wcielaniu w życie. Kłopot w tym, że od czasu do czasu pojawia się ktoś, kto z tych grzechów czyni zasadę swego działania i sens swego życia. Tak jak skarabeuszowi kulka, tak jemu potrzebne jest do życia zbieranie wszelkich wstrętności z każdej okolicy, w której się znajdzie. Tak jak temu świętemu żukowi potrzebna jest kulka – by przetrwał gatunek, tak jemu potrzebna jest niegodziwość zaplanowana i zrealizowana – by przetrwał jego punkt widzenia, jego widzenie rzeczywistości.
Czemu to służy? Oczyszczeniu? Sanacji? A może jest to nowa forma retuszu jaki wykonywał Josif Wissarionowicz – gdy w kolejnych wydaniach ksiąg o historii pewnego dużego kraju, na zdjęciach grupowych przywódców narodu stojących na mauzoleum jego założyciela, co i rusz znikały postaci przeciwników wujka Joe. W końcu został jedynie Josif – jako jedyna postać warta zauważenia. Cała reszta znalazła się w kulce toczonej przez świętego żuka. Każdy ze „znikniętych” okazał się albo szpiegiem, albo zdrajcą.
Tylko dlaczego w tytule piszę o „kaczych łapach”? Asocjacja jakaś czy co.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)