Iluzjonista, aby wykonać efektowną sztuczkę musi wymyślić „greps”, który odwróci uwagę widowni od ręki wpychającej królika do kapelusza. Jak mu się to uda, to publika otworzy gęby ze zdziwienia.
Tak sobie myślę, że tarcza, obrona przed Koreą, Iranem i innymi państewkami o atomowych ambicjach, to tylko zasłona dymna. Bo pomyślmy. Co Amerykanie już osiągnęli? Ano mają podpisaną umowę na zainstalowanie pod bokiem Rosji stacji elektronicznego wywiadu o zasięgu kilku tysięcy kilometrów. Kontrolującej wszystko do, circa, Bajkału. I taka stacja będzie działała jak złoto, bo to sprzęt sprawdzony wielokrotnie. Natomiast druga część tarczy, ta rakietowa i jej działanie - to nadal rosyjska (nomen omen) ruletka. Raz się udaje coś strącić, a pięć razy - kicha. Ponadto Kongres cóś na tę część tarczy funduszy skąpi.
Protest Rosji a i owszem jest, ale taki jakby nieśmiały. No bo jak drzeć ryja, że USA dbają o swoje bezpieczeństwo. A jakby wyglądała sytuacja, gdyby Amerykanie otwarcie powiedzieli, że oto stawiają radarową stację szpiegowską? Stawiam dolary przeciwko rublom, że zatrzęsłoby się wszystko łącznie z Radą Bezpieczeństwa ONZ. Nie byłbym zdziwiony, gdyby Putin ustami Miedwiediewa zaordynował Zachodowi taką awanturę, że stary dobry Nikita Siergiejewicz Ch. walący butem w mównicę zgromadzenia ogólnego – to małe miki.
Zatem (jeśli jest prawdopodobne to, co powyżej napisałem) polska część „tarczy” jest bez znaczenia. Czy będzie, czy nie będzie, to Ameryce wisi kilem kitu. Jak się Polacy zgodzą na umieszczenie tych dziesięciu silosów pod Słupskiem – to trudno. Coś się wybuduje, coś się do tych silosów wsadzi i niech se siedzi w ziemi. Ba, nawet niech Ruscy przyjeżdżają i wpatrują się w ręce magika. Gówno zobaczą. Do radaru nikt ich nie wpuści, bo przecież niczym on tymże Ruskim nie zagraża - „rakiety” to co innego.
Stąd oferta USA na poziomie lekko-półśmiesznym skierowana do polskich sojuszników. Przecież nikt nie będzie wywalał prawdziwych dolarów za coś, co jest bez znaczenia. I na cholerę dawać im „Patrioty”? Jak ktoś pirzgnie w to to pod Słupskiem, to będzie to strata taka, jak pożar w potiomkinowskiej wiosce.
Jeśli mam choć odrobinę racji, to wyobrażam sobie jak musieli skręcać się ze śmiechu (wewnętrznie, bo przecież na zewnątrz prowadzili „poważne rozmowy” ostatniej i przedostatniej szansy) rozmówcy Fotygi i Sikorskiego z Departamentu Stanu, gdy widzieli fochy i grymasy i oczekiwania Polaczków, którzy sądzili, że rozmawiają jako strategiczny partner a byli jedynie strategicznym królikiem wpychanym do kapelusza Wujka Sama, żeby sztuczka z misiem Wanią wyszła jak najlepiej.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)