-
antyklerykalna
-
wrażliwa społecznie
-
antypisowska
-
antyplatformerska
-
ideowa
-
propracownicza
-
propaństwowa
-
proeuropejska
-
nieantysemicka
-
postepowa
-
....................
-
....................
Nikt nie mówi o tym, że powinna być mądra. Wiem, wiem - albo lewica albo mądra. Ale ten tok argumentacji olewam pryncypialnie.
Od czasów, gdy pewien brodaty filozof stworzył podstawy materializmu dialektycznego i socjalizmu naukowego, minęło drobnych sto czterdzieści lat. Przez ten czas kilka spraw jakby się zmieniło. Nie chodzi mi nawet o to, że w czasach Marksa kolej żelazna i przemysłowa maszyna parowa były szczytowym osiągnięciem techniki, bardziej o to, że życie zmieniło się zasadniczo, społeczeństwo jest inne, ma inne doświadczenia, inne standardy.
Odmieniając na wszystkie sposoby myśli Marksa, nie wnikając w ich znaczenie a jedynie traktując jak mantrę, lewice z krajów, które miały przyjemność wcielania w życie dyktatury proletariatu, tak naprawdę stały w miejscu (delikatnie mówiąc). Lewicowi demoludowi „intelektualiści" mieli taką siłę twórczą jak scholastycy. Klepali wyświechtane formułki (którymi, nota bene mało kto, tak naprawdę się interesował, co w nich siedzi) - zero myśli, zero rozwoju.
Najśmieszniejsze jest to, że myśl lewicowa nadal się rozwijała - i to nieźle, ale w krajach którym daleko było do „strany, w której tak wolno oddycha człowiek".
Siła lewicy (tej myślącej) polegała zawsze na tym, że potrafiła bardzo szybko i bardzo trafnie dostosowywać swe programowe żądania do aktualnych problemów społecznych. Było nie było, jej ojcem i matką był materializm dialektyczny, czyli pogląd, że rozwój jest możliwy tylko wtedy, gdy uświadomimy sobie jakim mechanizmom podlegamy, jak one nas determinują i jakie konsekwencje powodują. Oraz, że pomimo pewnego determinizmu, to mamy przez swe działanie olbrzymi wpływ na to co się stanie.
W czasach Marksa rzeczą całkowicie pewną było, że bańka rozwoju opartego na wyzysku musi pęknąć. I pękła. Jednak uczniowie Marksa (jeśli by byli nimi naprawdę), gdyby uważali na lekcjach wiedzieliby, że ustrój oparty na gułagach i zakłamaniu też daleko nie ujedzie. Chyba byli na wagarach.
Dziś i produkcja i sposób tworzenia się kapitału i wyzysk i praca wyglądają krańcowo inaczej, niż w czasach, gdy powstawał „Kapitał". Stworzenie jakiegokolwiek programu politycznego o lewicowym zabarwieniu, bez próby opisania na nowo: potrzeb, praw, wzajemnych odniesień Kapitału i Pracy, bez próby ich dialektycznego dopasowania tak, aby nie tworzyły mieszanki wybuchowej, jest jedynie bezpłodnym biciem piany.
Tak, lewica powinna wrócić do korzeni. Ale tymi korzeniami nie jest ani jeden z tych punktów wymienionych powyżej ODDZIELNIE i ani jeden z nich traktowany dosłownie i jako dogmat. Tymi korzeniami nie jest też zapatrzenie w inne lewicowe ikonki (Zapatero), on Hiszpan my Lachy. Korzeniami lewicy powinna być mądrość dziadka Marksa przełożona na dzisiejszy polski język i opisująca dzisiejsze zjawiska w naszym kraju. Po takim opisaniu program sam się ułoży z łatwością taką, jak wpasowanie kilku ostatnich klocków puzzli. Na początku przy układaniu puzzli widać tylko chaos kolorowych tekturek, po wstępnym uporządkowaniu zaczynamy kumać z jakiego fragmentu pochodzą klocki, a końcówka - to już bułka z masłem.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)