Wołanie o pokoleniowy zryw, tzw. pokolenia stanu wojennego, przywodzi mi na myśl rojenia o ruszeniu bryły z posad świata.
Jednakże po kolei. Pokolenie powstaje wówczas, gdy u jego korzeni leży wspólne – pokoleniowe – doświadczenie. Jakież to jest wspólne doświadczenie dla młodzieży w wieku 18-25 lat? Wizyta w fast fudzie? Niekontrolowany zalew popkultury amerykańskiej? Jak dotąd najczęściej podnosi się argument emigracji zarobkowej. Nie mogąc się odnaleźć na polskim rynku pracy, młodzi ludzie wybierają emigrację zarobkową. Często w ciężkich, uwłaczających ludzkiej godności warunkach zarabiają upragnione funty. Zaraz potem, po upływie wakacyjnych miesięcy przyjeżdżają do Polski i zaczynają kręcić nosem. Że syf w polityce, że ludzie głupi i brudni, że bieda. I popadają w coraz większą frustrację. Podłapują to zręcznie media i kreślą „analizy pokolenia”. Tymczasem do zmian potrzebna jest Idea. Myśl, która porwie setki. Nie wystarczy potrzeba zmiany swego statusu majątkowego – ta jest wspólna dla wszystkich. Potrzeba programu, który sprawi, że miliony znajdą w nim odpowiedź na swoje potrzeby, niepokoje.
Jeśli więc próbujemy tworzyć wizję pokoleniowego zrywu, potrzebni są przywódcy. Tymczasem gdzie ich szukać? Wśród „starych”? Obecna „klasa” polityczna jest niemal całkowicie odrzucona przez młodych. „Autorytety moralne” nie istnieją. Bowiem kogo moją szanować studenci, licealiście, pracownicy fast fudów, elektrycy i pomywacze? Kołakowskiego? Geremka? Michnika? Papieża?
Kto ma poprowadzić lud na barykady, do urn wyborczych? Zakładam, że ludzi młodzi, którzy najlepiej znają problemy młodzieży urodzonej w latach 80. Gdzie ich zatem szukać? I tu dochodzimy do sedna sprawy. Znikąd przywódców, ideologów. Obecni studenci, en masse, to banda ciemniaków, którzy liczą jedynie by „zaliczyć” dyplom, a w sobotę pójść do dyskoteki. Podobnież pozostała młódź „ucząca się”. Oczywiście generalizuję. Ideolodzy to wybitne jednostki, indywidua potrafiące dostrzec więcej.
Załóżmy więc, że mamy „myśliciela”. W którą stronę skieruje swe myśli jest kwestią drugorzędną. Kto go wysłucha? Koledzy z roku? Kółko uczelniane? Organizacja młodzieżowa? I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Każda próba budowania jakiejś struktury młodzieżowej skazana jest na klęskę. Osławiony NZS, żyjący glorią lat 80. to obecnie banda cwaniaków, którzy liczą jak się wybić, wyrobić sobie kontakty, jeszcze na studiach. Niesławny ZSP podobnież. Odpadają więc już na starcie organizacje studenckie. Myśliciel potrzebuje przecież bazy, skierować powinien się więc ku jakiejkolwiek zorganizowanej grupie młodzieży. Alterglobaliści, anarchiści, skini odpadają poprzez swój radykalizm i małe poparcie społeczne (chociaż nie do końca; jestem w stanie sobie wyobrazić zryw pod przewodem np. skinów, kiedyś nazywało się to jednak pogromem Żydów). Jedyne co nam pozostaje to młodzieżówki przypartyjne. I tu kończy się los naszego młodego ideologa, potencjalnego przywódcy duchowego tzw. zrywu pokoleniowego. W młodzieżówce szybko zostanie albo odrzucony za wolnomyślicielstwo, albo zglajszachtowany i wtłoczony w utarte schematy myślenia. Myśl wiodąca będzie szła z Warszawy, od „starych”. I jeśli nasz potencjalny ideolog będzie sprytny szybko zrobi karierę, dbając o własny interes. Jeśli nie, prawdopodobnie wpadnie w alkoholizm / wyjedzie do Anglii / podłapie cichą posadę w bibliotece miejskiej. Za kilka lat wyda książkę. Której i tak nikt nie przeczyta.
I po raz kolejny upada mit o masowym zrywie i walce młodego ze starym.
Ludzie obdarzeni czarnym humorem powiedzą, że trzeba czekać wojny, akuszerki rewolucji…


Komentarze
Pokaż komentarze (2)