134 obserwujących
764 notki
1787k odsłon
  676   3

Latem i jesienią 1941 roku w Charkowie

W okresie międzywojennym Charków, jedno z głównych miast Ukrainy, liczył ponad 400 tysięcy mieszkańców, z czego ~40% stanowili Ukraińcy, ~ 40% - Rosjanie, a ~ 20% Żydzi. W latach 1932-1933 mieszkańcy Charkowa umierali z głodu („Hołodomor”). Później panował czerwony terror, postępowała sowietyzacja życia. Z tego powodu w lecie 1941 r. wielu mieszkających w Charkowie Ukraińców witało z dużymi nadziejami nadciągający front. Jednym z nich był Jurij Szewelow (ur. 1908 r.), ukraiński slawista i językoznawca.  

Szewelow ukończył uniwersytet w Charkowie w 1931 roku; w 1939 r. obronił pracę doktorską i rozpoczął pracę na stanowisku docenta. W 1943 r. Jurij Szewelow wyjechal do Lwowa, gdzie przebywal do połowy 1944 r. Ze Lwowa dotarł do Niemiec; zamieszkał w Monachium, gdzie pracował na Wolnym Uniwersytecie Ukraińskim (1946-1949). W 1950 r. był wykładowcą na uniwersytecie w Lund (Szwecja). Od 1952 r. przebywał w USA; pracował jako wykładowca uniwersytecki, a także dziennikarz. Zmarł w Nowym Jorku w 2002 r.

W 1987 r. Jurij Szewelow spisał swoje wspomnienia. Opublikował je pod pseudonimem Jurij Szechew (książka „Ja–mene–meni… (i dowkruchy)” [Ja-mnie-mi…(i wokół)]  w USA w 2001 r.  Na Ukrainie książkę Szewelowa opublikowało w 2012 r. charkowskie wydawnictwo "Folio".  

W Polsce fragmenty wspomnień Szewelowa (wybór i przeklad z ukraińskiego Anna Wylęgała) zostały opublikowane w 2013 r. w miesięczniku "Karta" (nr 75, s. 33-49).


„Byłem absolutnie i bezapelacyjnie przekonany, że wojna nie potrwa długo i Związek Sowiecki się rozpadnie. Pogląd taki był konsekwencją wrażenia, jakie zrobiły na mnie błyskawiczne zwycięstwa Niemiec w Polsce, Francji, Jugosławii i Grecji. System sowiecki wydawał mi się na wskroś przegniły i niezdolny do długiej walki. Przejawem jego agonii była dla mnie panika, spotęgowana histerycznym apelem Stalina nie do towarzyszy, ale do „braci i sióstr”, wygłoszonym w lipcu.

Gdy w pierwszych dniach wojny wyszło w Charkowie rozporządzenie, by wszystkie szyby w oknach okleić na krzyż paskami papieru, co podobno miało utrzymać je na miejscu, jeśli w pobliżu wybuchłaby bomba, cale miasto stało przez kilka godzin na parapetach, naklejając te paski – jak gdyby były to krzyże stawiane na grobie władzy sowieckiej. Rozporządzenia nakazujące organizację partyzantki na zajętych przez Niemców terenach, mobilizacja ludności do kopania rowów przeciwczołgowych – wszystko to wydawało mi się bez sensu. We wrześniu [1941 r.] nie mogłem już nie widzieć, że oczekiwany rozpad imperium się odwleka, jednak w swojej ślepocie nawet wówczas myślałem, że jeszcze dwa, najwyżej trzy miesiące – i upadek ten nastąpi. […]

Latem 1941 gazety rzuciły hasło, którego adresatem był każdy obywatel sowiecki, mężczyzna czy kobieta, dorosły czy dziecko: „Zabij Niemca” – straszne w swojej bezpośredniości. Ale to hasło dotyczyło nie tylko wrogów, obejmowało ono również swoich: "daj się zabić!".  Ludzkie życie nic nie znaczyło, nawet nie próbowano go oszczędzać, tak samo jak podczas terroru lat 30. Nie wiem, kiedy wydano prawo mówiące, że każdy żołnierz, wzięty do niewoli w pełni przytomności, jest przestępcą i podlega karze śmierci – obowiązywało już w październiku 1941 r., o czym przekonałem się podczas rozmów z żołnierzami, z którymi leżałem w szpitalu. Prawo nie do pomyślenia w cywilizowanym świecie, gdzie nawet życie pojmanych do niewoli żołnierzy wroga jest święte, tym bardziej zaś – życie własnych jeńców. […]

Życie w Charkowie w lipcu i sierpniu na pozór mało różniło się od okresu wcześniejszego. Jeździły jeszcze tramwaje i trolejbusy, funkcjonowały wodociągi i elektryczność, działały sklepy. Na oknach widać było białe krzyże z papieru. Wieczorem i w nocy nie zapalano świateł, a ulice były prawie puste. W ciągu kilku niemieckich nalotów słychać było z niektórych dachów artylerie przeciwlotniczą, ale z tego co wiem, nie zestrzeliła ona ani jednego samolotu. W budynkach mieszkalnych i siedzibach instytucji utworzono drużyny przeciwlotnicze, które miały trzymać wartę na dachach i zrzucać bomby zapalające na ulicę, aby nie dopuścić do pożaru. Ja byłem w jednej z nich w UKIŻ (Ukraiński Komunistycznyj Instytut Żurnalistyki). […]

Już w w lipcu na ulicach Charkowa zaczęli pojawiać się uciekinierzy z zachodu, przeważnie Żydzi. Wyglądali tragikomicznie w futrzanych płaszczach w środku upalnego lata, ale byli mądrzejsi ode mnie, próbującego uciekać na wschód w październiku w letnim płaszczu! Już na samym początku wojny ludzie wymietli ze sklepów wszystko, co było do zdobycia. Kupowano wszystko, robiąc w miarę możliwości zapasy żywności, mydła, czegokolwiek. Im bardziej sklepy pustoszały, tym dłuższe robiły się kolejki [….]

20 września upadł Kijów, a w ślad za nim Połtawa. Wojsko sowieckie znalazło się w niemieckim kotle. W mieście zaczęła się ewakuacja, choć oficjalnie nikt jej nie ogłaszał – fabryki i zakłady przemysłowe rozmontowywano i wywożono, szpitale były pełne rannych. Nad budynkiem NKWD na Sownarkomskiej, tuż obok uniwersytetu, całymi dniami z kominów szedł dym. Palono dokumenty, które mogłyby skompromitować tę szacowną instytucję, z nią zaś cała władzę sowiecką. Pewnie z tym dymem poszły dokumenty dotyczące rozkułaczania i kolektywizacji, materiały przesłuchań oskarżonych z czasów Bałyckiego* i późniejszej jeżowczyzny, papiery skonfiskowane podczas rewizji, historia ukraińskiej polityki i kultury dwóch dekad, być może niejeden zabroniony utwór. Wówczas mogły zostać spalone utwory Mykoły Chwylowego** i innych pisarzy, listy i dzienniki.

Lubię to! Skomentuj13 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura