Warszawa. 19 lipca, 2007.
Lotnisko.
Pełen spokój. Oddychaj - oddychaj. Zaraz wyjdziesz z samolotu i ponownie, bedziesz musiał stawić się chaosowi, który cię otacza w tym kraju. Odlicz do dziesięciu - złap głęboki oddech. Nie możesz - ponieważ jesteś w Polsce.
Nic sie nie zmienia w nagłówkach - doszło tylko kilka nowych afer - afera bakszyszowa, afera działkowa, "kryzys koalicyjny" - reszta bez z zmian: lustracja, seksafera, afera orlenowska, afera lekturowa. Czyli nic, czym można by się zająć na dłuższą metę - są to tematy chwilowe, łatwo uchwytne, wystarczy raz o tym powiedzieć, określić swój stosunek wobec tych wielkich tematów społecznych - i dokończyć śledztwa, osądzić, wydać wyroki - zakończyć sprawę.
Najciekawszą jednak rzeczą wydaje mi się "wojna dyplomatyczna na linii Anglia-Rosja " (zwróćmy na to uwagę - przyglądajmy się z poczuciem niepewności) - świat traci cierpliwość do polityki rosyjskiej. Nie jest to wydarzenie, które bezpośrednio dotyczy Polski. W Polsce ciągle nie potrafimy się zająć ważniejszymi problemami - premier wychwala gospodarkę, chociaż ten rząd w żaden praktycznie sposób nie przyłożył się do rozwoju gospodarki. Przyczynili sie do tego bardziej przedsiębiorcze społeczeństwo, niż rząd olbrzymów na karlich nogach. Premier wychwala - gospodarka idzie swoją własną drogą. Premier mota się w słowach i plącze się w ideologii, która kiedyś była w miarę spójna. Dlatego kiedy będzie mowa o napięciach na arenie międzynarodowej - politycy będą zajmować się Rydzykiem, politykami a'la Lepper czy Giertych i tak politycy będą się kłócić o stołki i przywileje - a życie toczyć będzie się na dole. Tak zawsze było w Polsce i tak będzie. Już wolałbym byśmy się poddali w czasie II Wojny Światowej - Niemcom. Polska jest skazana, niestety na śmierć - powiem to jako realista - niczego tutaj nie będzie. "Tam już nie ma żadnej Polski" - tam jest tylko dziura. To wynika ze słabości polityków, to wynika z pogoni za władzą, to wynika z niedojrzałości naszego społeczeństwa.
"Tam już nie ma żadnej Polski" - tak powiem dzieciom w Tel Awiwie, idąc moimi własnym ścieżkami.
"Tam już nie ma żadnej Polski" - tak powiem znajomym, którzy będą się pytać gdzie jest Polska. A ja powiem, by się już więcej nie pytali - ponieważ ona duchowo nie istnieje, fizycznie zresztą już też.
Głogów. 21 lipca, 2007.
Sen. Nie mam zamiaru wychodzić na miasto. Nie mam zamiaru czytać gazet i przeglądać portali. Ludzie się pytają - "czemu się przejmuję?". Ja? Ja się przejmuję? Gdybym się przejmował to bym już dawno popełniłbym samobójstwo. Ja po prostu - wyobraziłem sobie, że "tam już nie ma żadnej Polski". Wyobraziłem sobie jak tutaj wybrzeże i tam wybrzeże. Jak Polska staje się zalaną dziurą. Jak nie ma już ukochanego Wrocławia. Jak ginie wszystko to co mnie tutaj budowało. Jak ginie przeszłość i przyszłość. Jak ginie w końcu język. I jak książki na tej ziemi obracają się w pył. Jak pisanie kończy cała polska populacja. Ponieważ, śmierć znaczy koniec pisania.
Ale wszyscy ludzie wspominają...
Tak! Więc, czy mnie to boli - że Polska absolutnie musi przestać istnieć? Wszystko będzie trwało dalej, bez niej. Czy mnie to boli? Czy też może znajduję pewną pociechę w wierze, że śmierć jest ostatecznym końcem?




Komentarze
Pokaż komentarze (6)