Zaczyna się tak:
Powoli schodzi schodami, niczego nie widzi. To jest - Polska. To jest - Wrocław. Głowni bohaterowie - mężczyzna i kobieta. On i ona. Albo ona i on.
Jak schodził schodami - przypominał sobie.
Po tym zejściu - napisy (początkowe).
Szybko się rozwija:
Mężczyzna został. Ona nie. Miał zawał.
Tak się też zaczyna: odprowadził ją i miał zawał. Niczego nie widzi i gdzieś umiera na ziemi.
Schodził ktoś po schodach - kolejny mężczyzna. [jest jeszcze jeden bohater]
Więc jest jednak uratowany.
A kończy się jeszcze szybciej:
Widzimy na koniec - jak podają sobie rękę. To jest początek niemożliwego i nieakceptowalnego.
A niebo?
Niebo nie było niebieskie.
Ciemność zjadały chmury, ale słońce zjadało ciemność. Nieustana walka trwała w ten dzień i na chwilę ten świat się nie zatrzymał.
A jak było naprawdę?
Może nic się nie wydarzyło, ponieważ ciągle przypatruję się niebu. I nic się nie zmienia - ciągle wszystko płynie i nic nie chce się zatrzymać. Wszystko pogrzebię w pamięci i zapomnieniu.
A jak mogłoby być?
Tego nikt nie wie. I lepiej nad tym się nie zastanawiać.
[A napisy końcowe? Nie są jeszcze potrzebne]



Komentarze
Pokaż komentarze (2)