Dziwię się niektórym osobom, które machnęli ręką na cały problem. Dzisiaj usłyszałem taką opinię: „przecież to było, jest i będzie”. Na moje pytanie: „co z tym w takim razie zrobić?” – osoba ta odpowiedziała: „Nie wiem”. Wczoraj już pisałem o problemie przedstawionym przez Gazetę Wyborczą, napisałem w tym tekście taką oto kwestię: „Niektórzy pewnie, powiedzą, że "czerpali z tego przyjemność", "jak można zgwałcić dziecko?"(…)”. Było to wyrażenie mojego niepokoju, w stosunku do prawdziwych ofiar w tej historii, a nie tych fałszywych (chodzi mianowicie o ks. Andrzeja). Chyba, że ktoś uważa, że jest ofiarą – ale wtedy osoba ta wykazuje się brakiem jakiegokolwiek poczucia jedności z ofiarami, wykazuje się też tak fanatyczną wiarą we własne ognisko, we własne otoczenie, że straciwszy w sobie ludzką przyzwoitość, stał się bestią, może biesem.
Kiedy chodzi o dowalanie lewicy, Kościół uczestniczy z miłą chęcią w spektaklu – nazywa często przyzwoitych ludzi, „szczurami”, „złodziejami” i innymi „..ami”. Kiedy chodzi o walkę z przestępstwem we własnym środowisku – Kościół umywa ręce i schodzi ze sceny, nazywa ofiary – katami i obraża się na wszystkie media, że ujawniły problemy wśród pasterzy.
To jest dopiero straszne! Ci, którym zabrano dzieciństwo w taki sposób jaki to zrobił ks. Andrzej, nigdy ale to nigdy, i mówię to z pełną odpowiedzialnością, nie będą mogli powrócić do życia, do świata żywych. Oni są już wewnętrznie spaleni. Jest to zasługa Kościoła i jego hierarchów. Sprawdzam kalendarium podane w „Dużym Formacie” – Ognisko im. Św. Brata Alberta, powstało w 1991 roku. Jeżeli ten człowiek, miał styczność z młodzieżą i dziećmi do 2007 roku, to boję się i ten artykuł odczuwam jako wierzchołek góry lodowej. Sprawa się przedawnia z powodu milczenia, społecznego linczu jaki te osoby mogą odczuć („Lewackie ścierwa znów atakują”, „Dlaczego tak długo milczeli, dlaczego właśnie teraz?” – takie opinie wyczytałem na jednym z chrześcijańskich forów, które odnoszą się bezpośrednio do tej sprawy), przedawnia się też zapewnie z powodu hańby. Ale hańby obustronnej – hańby jakiej doświadczyli Ci młodzi ludzie i hańby jakiej doświadcza to społeczeństwo. Słowa dominikanina, Marcina Mogielskiego, zawarte w jego liście, brzmią jak echo w mojej głowie:
„Gdy wreszcie zacząłem działać w imieniu skrzywdzonych przez ks. Andrzeja, szybko stałem się celem ataku. Przeciw mnie użyto wiedzy, że byłem wykorzystywany seksualnie. Użyto też kłamstw, że zostałem wyrzucony z seminarium za homoseksualizm i że ktoś świadczy, jakobym był dewiantem, a zatem nie mogę być wiarygodny. Bolało, że moją wiarygodność podważano wśród moich współbraci w zakonie.”
Ale w tym liście jest też pewne pocieszenie – jest też apel o zrozumienie, nie o lincz – „Wystarczy ludzki odruch – pochyl się nad cierpieniem”.
Chodzi o to, by nie milczeć w sprawach tego kalibru – mieli zostać poddani resocjalizacji, nie księdzu, który pieprzy swoich podopiecznych, ale, który się nimi opiekuje, który jest ojcem – a w wielu przypadkach, tego ojca im brakowało.
W kraju, gdzie doświadczano obozów, gdzie odbywały się pogromy, gdzie walczono zaciekle o wolność i prawa ludzkie, nadal nie potrafi odróżniać się ofiar od katów, nawet jeśli się potrafi odróżniać - to nie potrafi okazać się tym osobom, chrześcijańskiego miłosierdzia, którym tak operują Ci wszyscy, którzy pozjadali całą prawdę.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)