miepaj miepaj
225
BLOG

Wielka metafizyczna opowieść nauki (cz. IV)

miepaj miepaj Nauka Obserwuj temat Obserwuj notkę 0
Phillip E. Johnson
 
Wielka metafizyczna opowieść
 
nauki (cz. IV)
 
 

Stworzenie i ewolucja

Próba zepchnięcia na margines postawy religijnej, czy tradycyjnej wartości, jaką jest rodzina, w sposób spektakularny nie powiodła się w Sądzie Najwyższym, choć odnosiła sukces w sądach niższej instancji. Sędzia stanowy stanu Nowy Jork mógł śmiało spodziewać się przychylniejszego odebrania swojej argumentacji, ponieważ w istocie taki sam, jak prezentowany przez niego sposób rozumowania, parę lat wcześniej odniósł w Sądzie Najwyższym olśniewający sukces.
 
W decyzji z roku 1987 w sprawie Edwards kontra Aguillard, Sąd Najwyższy zajął się kwestią zgodności z konstytucją statutu Luizjany, który wymagał tego, by jeśli w szkołach naucza się „nauk ewolucyjnych,” w ramach równowagi powinna być też przedstawiana konkurencyjna teoria „nauki o stworzeniu.” Przy dwóch sędziach, mających odmienne zdanie, większość zgodziła się z opinią sędziego Williama Brennana, że prawo stanowe zawierało „założenia religijne” niezgodne z konstytucją, a celem władzy ustawodawczej „było wyraźne poparcie religijnego poglądu, że rodzaj ludzki został stworzony przez jakąś nadnaturalną istotę.” [1]
 
To, co stanowiło o decyzji w sprawie Edwardsa, jest zaciemnione przez fakt, że termin „kreacjonizm” używany w gazetach i podręcznikach, odnoszony jest do dosłownego odczytywania Księgi Rodzaju, a przez to do poglądu, że wiek Ziemi nie liczy sobie więcej niż parę tysięcy lat. Opinia Sądu Najwyższego dotyczyła jednak znacznie szerszej kwestii niż wiek Ziemi czy słuszność tego, o czym pisze Księga Rodzaju. To, co sędzia Brennan opisał jako „pogląd religijny,” jest bardzo ogólną charakterystyką twierdzenia, że działająca celowo nadprzyrodzona istota – Bóg – jest odpowiedzialna za nasze istnienie. Zgodnie z główną alternatywą wobec tego mniemania uznaje się, że stworzyły nas bezcelowe materialne procesy, a celowe działanie i świadomość nie istniały w kosmosie, zanim nie wyewoluowały w naturalny sposób. Ten drugi pogląd jest zawarty w naukowej definicji ewolucji, ponieważ współcześnie „nauka” bazuje na całkowicie naturalistycznym rozumieniu rzeczywistości.
 
By rozjaśnić kwestię kluczową przypuśćmy, że podstawowe twierdzenie „kreacjonizmu” uznaje, że stworzył nas Bóg, przy czy nie jest ważne, czy zrobił to nagle w ciągu pary tysięcy lat, czy stopniowo w o wiele dłuższym okresie. Przypuśćmy dalej, że kreacjoniści utrzymują, że pewne cechy żywych organizmów, jak niezmiernie wysoki stopień złożoności nawet najprostszych organizmów, daje poparcie dla ich opinii, że do powstania świata biologicznego konieczne było uprzednie istnienie jakiejś inteligencji. Gdyby Sąd Najwyższy zastosował w sprawie Edwardsa w 1987 roku to samo rozumowanie, co w sprawie Kaplicy Baranka w roku 1993, w swej opinii mógłby powiedzieć, że przedmiotem sporu nie była kwestia religii, ale pochodzenia człowieka lub świata ożywionego i że wykluczenie poglądów kreacjonistycznych z dyskusji na tematy świeckie, omawiane w szkołach publicznych, byłoby działaniem niezgodnym z konstytucją, polegającym na dyskryminacji poglądów.
 
Zamiast tego zgodnie z opinią większości w sprawie Edwardsa sąd nie tylko pozwolił, ale postawił wymóg, by stan wykluczył ze szkół ujęcie kreacjonistyczne – ale nie dlatego, że przekonanie o istnieniu nadprzyrodzonego Stwórcy jest fałszywe bądź irracjonalne, ale właśnie dlatego, że ma ono charakter religijny. Logika nakazuje, by odrzucić argumenty kreacjonistyczne niezależnie od ich zawartości merytorycznej oraz że studenci, jeśli chodzi o temat pochodzenia, mogą słuchać tylko naturalistycznego wyjaśnienia. Pogląd kreacjonistyczny został całkowicie zmarginalizowany poprzez sprowadzenie go do kategorii religii.
 
Strategia marginalizacji „religii” prawdopodobnie dlatego powiodła się w sprawie Edwardsa, a zawiodła w przypadku Kaplicy Baranka, że ani Sąd Najwyższy, ani społeczność prawnicza nie rozumieli, że te dwie sprawy są w głębokim stopniu podobne, choć powierzchownie zupełnie się od siebie różnią. Jedna z różnic polegała na tym, że w przypadku Kaplicy Baranka chodziło o korzystanie z sal szkolnych po lekcjach, podczas gdy w przypadku Edwardsa pogląd teistyczny miał być ujęty w samym programie nauczania. Różnica ta jest powierzchowna, ponieważ kluczowa w obu przypadkach jest sprawa zaklasyfikowania zjawiska. Mówiąc najprościej, u podstaw obu spraw leżała kwestia filozoficzna: czy władze zajmowały się osobnymi tematami czy różnymi poglądami, ale dotyczącymi tego samego tematu? Jeśli w programie kształcenia szkoły średniej znajduje się problematyka pochodzenia świata ożywionego i jeśli w temacie tym koncepcja nadprzyrodzonego stworzenia jest racjonalną alternatywą dla naturalistycznej koncepcji ewolucji, wtedy polityka edukacyjna zmierzająca do utrzymywania studentów w niewiedzy o propozycji alternatywnej, która może być prawdziwa, jest tak samo zła, jak dyskryminacja poglądów.
 
Oczywiście, rozumowanie takie nie stosuje się do sytuacji, gdy wykluczona alternatywa jest nieracjonalna lub jawnie fałszywa. Poglądom Towarzystwa Płaskiej Ziemi nie dajemy posłuchu na lekcjach geografii, ani nie aprobujemy na lekcjach arytmetyki poglądu, że dwa dodać dwa równa się pięć. Rzeczywisty argument użyty w sprawie dotyczącej kreacjonizmu, jaki z wielką natarczywością został zaprezentowany przed Sądem Najwyższym, wskazywał, że stanowisko kreacjonistyczne jest z punktu widzenia biologii tak samo irracjonalne, jak koncepcja płaskiej Ziemi w geografii.
 
Argument ten zyskał poparcie nie tylko największych naukowych i pedagogicznych organizacji, ale także wielu znaczących grup religijnych. Skrajna izolacja grup kreacjonistów, popierających ustawę o zrównoważonym traktowaniu ewolucjonizmu i kreacjonizmu, odzwierciedlała i wzmacniała wrażenie, że naprawdę chodziło nie o ogólną koncepcję stworzenia przez Boga, lecz o wysiłki fundamentalistycznych ekstremistów, by przenieść do programu szkolnego wszystkie dosłownie potraktowane szczegóły z Księgi Rodzaju.
 
Prawny problem dla przeciwników kreacjonizmu stanowiło to, jak przekształcić argument Narodowej Akademii Nauk w twierdzenie o takiej formie, by odpowiadało ono prawu konstytucyjnemu. Sąd Najwyższy nie dysponuje, oczywiście, władzą orzekania, że przekonanie o istnieniu nadprzyrodzonego Stwórcy, czy wiara w dosłowny opis zawarty w Księdze Rodzaju są irracjonalne. Interpretuje on jednak odniesienie Pierwszej Poprawki do przekonań religijnych i w ten sposób decyduje, że dane przekonanie ma charakter religijny. W tym kontekście „religijny” milcząco stanowiło synonim dla „irracjonalny,” co oznacza, że opinia Brennana w sprawie Edwardsa bazowała w istocie na tym rozumowaniu, które później bez sukcesu zostało zastosowane przez sąd stanowy stanu Nowy York w sprawie Kaplicy Baranka. Dyskusja na temat tego, jak świadectwa biologiczne mogą potwierdzać kreacjonistyczny punkt widzenia, była charakteryzowana jako równorzędna z możliwością uzasadnienia przekonań Towarzystwa Płaskiej Ziemi czy Ku Klux Klanu. Takie nonsensy mogą stanowić wartość tylko dla tych, którzy już w nie wierzą, ale nie stanowią wartości edukacyjnie płodnych.
 
Nie mówię, że sądy nie mogą przeprowadzić rozróżnienia pomiędzy tym, co może być powiedziane w klasie podczas lekcji, a tym, o czym można mówić w czasie spotkań publicznych po lekcjach. Sądy mogą zastosować podejście „dwu tematów” do wypowiedzi religijnych w normalnym szkolnym programie nauczania i podejście „dwóch opinii na ten sam temat”, gdy sale szkolne są wynajmowane grupom społecznym na wieczorne czy weekendowe spotkania. W rzeczy samej, spodziewam się, że sądy będą prawdopodobnie robiły coś takiego, przynajmniej na razie, w ślad za decyzją w sprawie Kaplicy Baranka. W jednym punkcie opinia Sądu Najwyższego odnośnie Kaplicy Baranka pociągnąć może za sobą prawomocność takich rozróżnień wskazując, że pokazywanie filmów Dobsona przez grupy z zewnątrz, mające miejsce po zajęciach lekcyjnych, nie oznacza poparcia przez okręg szkolny dla przesłania zawartego w tych filmach. Być może takie poparcie występowałoby w sposób ukryty, gdyby film był pokazywany przez nauczyciela w czasie szkolnych zajęć, nawet przy prezentowaniu go wraz a materiałami wspierającymi postępowy punkt widzenia. W tym wypadku długotrwały zakaz używania klasy lekcyjnej do „rozpowszechniania religii” mógłby wchodzić w grę.
 
Bez wątpienia sądy mogą „wyrysować” linię wokół klasy i nakazać mówcom religijnym, by jej nie przekraczali. Problem ze zrobieniem tego polega jednak na tym, że obrona takiej linii staje się trudna w momencie, gdy choć raz jej uzasadnienie zostanie podkopane. Grupy religijne w znacznym stopniu zaakceptowały uniemożliwienie głoszenia poglądów religijnych w szkołach publicznych uzasadniane oficjalnym wyjaśnieniem, że prawo konstytucyjne odzwierciedla raczej zwykłą neutralność w kwestiach religijnych niż dezaprobatę dla teizmu. Ale wyjaśnienie to jest szyte grubymi nićmi. Wykluczenie poglądów religijnych ze szkół było czym innym, gdy szkoły uczyły głównie trzech R [2] i gdy zasady moralne nauczane i praktykowane w klasie były, przynajmniej w ogólny sposób, zgodne z uczonymi w domu, kościołach i synagogach. Na pozór podobna polityka wywiera zupełnie odmienny skutek, gdy szkoły aktywnie promują postępowy pogląd na zachowania seksualne wśród uczniów z rodzin tradycjonalistycznych oraz aktywnie promują naturalistyczne rozumienie stworzenia na lekcjach przyrody.
 
W obecnych warunkach wykluczenie z nauczania poglądów teistycznych oznacza przyznanie monopolu podejściu naturalistycznemu w sprawach takich jak, czy człowiek został stworzony przez Boga i czy stosunki seksualne dopuszczalne są tylko w małżeństwie? Jak sama sprawa Kaplicy Baranka wskazuje, religijni tradycjonaliści uczą się postrzegać to wykluczenie religii nie jako wyraz neutralności religijnej, ale jako stronniczy manewr nauczycieli, którzy chcą promować pewną ideologię bez zagrożenia ze strony ujęcia opozycyjnego. Jeśli tradycjonaliści ci będą żywo protestować, to sądy niedługo już będą mogły posługiwać się wygodną formułą, która mówi o neutralności, ale w widoczny sposób służy interesom tylko jednej ze stron w tym ważnym kulturowo sporze.

(c.d.n.)


[1] Decyzję Sądu Najwyższego w sprawie dotyczącej „równego traktowania kreacjonizmu” w Luizjanie cytuję za Edwards v. Aguillard, 482 U.S. 578 (1987). Opinia sędziego Brennana stwierdza na stronie 591, że statut ten był sprzeczny z konstytucją, „gdyż dominującym celem ustawodawczej władzy Luizjany było wyraźne wsparcie religijnego poglądu, że człowiek został stworzony przez jakąś nadprzyrodzoną istotę.” Opinia ta zakłada w pełni „oficjalną karykaturę” sporu kreacjonizm-ewolucjonizm, która jest omówiona na początku czwartego rozdziału tej książki. Dalsze szczegóły w tej sprawie oraz moje analizy zagadnień konstytucyjnych można znaleźć w przypisach do pierwszego rozdziału książki Darwin on Trial (wyd. popr., InterVarsity Press, 1993).
[2] Trzy R to „reading, writing and ‘rithmetics” – czytanie, pisanie i rachowanie (przyp. tłum.).
miepaj
O mnie miepaj

Nieformalny przewodniczący Grupy Inicjatywnej Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego (1993-1995), pierwszy przewodniczący Towarzystwa (w latach 1995-1998), redaktor naczelny organu Towarzystwa "Na Początku..." od 1993 roku do 2006 oraz (po zmianie tytułu) "Problemów Genezy" od 2013-.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Technologie