Phillip E. Johnson
Wielka metafizyczna opowieść
nauki (cz. V)
Sprawa Deana Kenyona [1]
Przykładem tego, że może okazać się trudne uzasadnienie dalszego wykluczania teistycznych poglądów z normalnych zajęć szkolnych, jest sprawa, która nie trafiła do sądu, lecz została rozstrzygnięta przez zarząd akademicki Uniwersytetu Stanowego w San Francisco. Dean Kenyon jest wybitnym profesorem biologii na tej uczelni i współautorem klasycznej pracy dotyczącej pochodzenia życia na Ziemi, Biochemical Predestination. [2] Choć w swej książce prezentował poglądy ortodoksyjnego naturalizmu, panującego we współczesnej społeczności uczonych, Kenyon w końcu zniechęcił się usiłowaniami wyjaśnienia życia jako produktu bezcelowej i niekierowanej chemicznej ewolucji. Został zwolennikiem koncepcji „inteligentnego projektu”, jako wyjaśniającej wrodzoną złożoność życia, wskazującej – bez konieczności odwoływania się do dosłownego odczytania Księgi Rodzaju – że istniejąca wcześniej nadprzyrodzona inteligencja była w jakiś sposób zaangażowana w powstanie życia.
Gdy Kenyon nauczał panujących naturalistycznych teorii o chemicznej i biologicznej ewolucji w swym szerokim wstępnym kursie biologii dla niespecjalistów, wyjaśniał także swój własny sceptycyzm wobec tego, czy teorie te są zgodne ze świadectwem empirycznym. Argumentował, iż koncepcja inteligentnego projektu jest poważną alternatywą dla naturalistycznej teorii ewolucji. Niewielka grupa studentów zaskarżyła tę praktykę, a dziekan natychmiast ją poparł. Ogłosił, że nie pozwoli Kenyonowi na prowadzenie zajęć, ponieważ jego zdaniem profesor wprowadził do programu nauczania swoje „poglądy religijne”.
Kenyon odwołał się do władz senackiego Komitetu Wolności Akademickich, wskazując, że jedynie korzystał z prawa kwestionowania ortodoksyjnego poglądu w dziedzinie, w której jest ekspertem. A prawo to wchodzi w zakres wolności akademickich. Komitet przyznał rację Kenyonowi pomimo energicznej argumentacji ze strony wydziału i dziekana Szkoły Nauk Przyrodniczych, że koncepcja inteligentnego projektu ma w istocie charakter religijny, a nie naukowy. Gdy władze senatu miażdżąco przegłosowały poparcie opinii Komitetu, władze wydziału poddały się i z niechęcią przywróciły Kenyonowi prowadzenie zajęć, przynajmniej na razie. Wynik sporu pokazuje, jak można klasyfikować to, co robił profesor Kenyon. Wolności akademickie nie pozwalają profesorowi na zaniedbywanie przedmiotu, którego ma nauczać i prezentowanie zamiast niego innego przedmiotu. Wolno mu jednak wyrażać pogląd niezgodny z powszechnie przyjmowanym, nawet jeśli jest to pogląd, który jego koledzy, a nawet władze, postrzegają jako irracjonalny. Tak jak seria filmów Dobsona, tak przedstawienie koncepcji inteligentnego projektu przez Kenyona nie było wprowadzeniem nowego tematu, ale wyrażeniem opinii w sprawie już analizowanej na świeckim publicznym forum.
Nauka i moralność
stnieje kolejna powierzchowna różnica pomiędzy sprawami Edwardsa i Kaplicy Baranka, odnosząca się do omawianego tematu. Seria filmów Dobsona dotyczyła moralności rodzinnej, a statut Luizjany mówiący o kreacjonizmie dotyczył nauczania nauk przyrodniczych. Nauczyciele przyrody posługują się dziś sloganem: „Ewolucja jest faktem” i na tej podstawie kreacjoniści określani są często jako osoby, które odrzucają naukowo ustalone fakty. Jednak moralność w naszej kulturze nie jest rzeczą faktów, lecz wartości. W dyskusjach nad faktami jedna strona musi mieć zasadniczo rację, a druga się mylić, natomiast w dyskusji nad moralnością obie strony w równym stopniu mogą mieć rację. To, że Mount Everest jest wyższy niż Pike's Pike, jest faktem obiektywnym, natomiast czy jest piękniejszy, to już sprawa subiektywnych wartości.
Niektórzy współcześni myśliciele przyporządkowaliby religię, jak i moralność, do kategorii wartości subiektywnych w odróżnieniu od obiektywnej wiedzy naukowej. Takie ujęcie prezentował najbardziej znany biolog ewolucyjny, Stephen Jay Gould, między innymi w recenzji mojej książki Sąd nad Darwinem. Nauka i religia są oddzielnymi dziedzinami o równym znaczeniu i ważności, pisał Gould, „ponieważ nauka mówi o faktach, a religia zmaga się z ludzką moralnością.” [3] Jeśli zaakceptujemy taki podział, wtedy przywódcy różnych religii (ale którzy?) powinni mieć ten sam autorytet w dziedzinie moralności, co Gould i jego koledzy – naukowcy w sferze faktów. W tym przypadku argument, by pozwalać religii na udział, a nawet jej dominującą rolę w programie nauczania dotyczącym moralności, miałby mocne uzasadnienie – będąc równie mocnym argumentem na rzecz tego, by wykluczyć religię z programu nauczania nauk przyrodniczych.
Różnica ta jest jednak powierzchowna, ponieważ ważność moralności religijnej jest nierozerwalnie połączona z ważnością faktów, które stanowią dla niej oparcie. Jeśli rzeczywiście stworzył nas Bóg jako „kobietę i mężczyznę”, przeznaczył mężczyźnie i kobiecie różne miejsca w rodzinie i zechciał, by stosunek seksualny miał miejsce tylko w małżeństwie, wtedy ma sens tradycyjny system moralności rodzinnej. W takim wypadku nowa moralność seksualna, nauczana w ramach progresywnego programu nauczania, jest niezgodna z rzeczywistością i prawdopodobnie zakończy się frustracją i nieszczęściem.
Ale jeśli Bóg jest jedynie projekcją ludzkich pragnień lub gorzej – pojęciem wymyślonym przez patriarchalną władzę, by zracjonalizować istnienie swych opresyjnych rządów, wtedy śmierć Boga jest jak wyzwolenie z więzienia. Wszelkie zasady propagowane w imię iluzji, która pozbawiła nas naszej wolności, tracą swą ważność, gdy ta iluzja zostaje rozpoznana. Pewne elementy tego więziennego kodeksu moralnego mogą w nowej sytuacji zostać zachowane: zakaz poligamii może na przykład być utrzymany jako ochrona równouprawnienia płci. Ale w momencie, gdy śmierć Boga uzna się za wiedzę, poglądy na moralność rodziny w całym jej zakresie ulegają całkowitej przemianie.
Innymi słowy, racjonalność jakiegokolwiek kodeksu moralnego jest połączona z obrazem rzeczywistości, w którego skład wchodzą fakty, jak i wartości. Taki obraz rzeczywistości prawdopodobnie najlepiej może być wyrażony w formie opowieści. Chrześcijańska opowieść mówi o istotach ludzkich, które są stworzone przez Boga, ale które przez swój grzech zostały od niego oddzielone i muszą powstrzymywać się od grzechu, by stać się tym, czym miały być zgodnie z zamysłem stworzenia. Historia racjonalistów epoki oświecenia opowiada o ludziach, którzy przez opanowanie wiedzy naukowej uwolnili się od przesądów i ostatecznie zdali sobie sprawę, że to ich przodkowie stworzyli Boga, a nie na odwrót. Współcześnie niektóre kobiety snują naturalistyczną opowieść o ucisku płci dokonywanym przez płeć męską, ucisku uzasadnianym religijną i naukową mitologią i o budzącej się świadomości, która pozwoliła kobietom przejrzeć te mity i orzec swą naturalną równość.
Wspomniałem wcześniej, że Shirley Dobson mówiąca w jednym z filmów o swym trudnym dzieciństwie z ojcem alkoholikiem, wspomniała o „czynnikach, które przywiodły ją do kochającego Boga, który widział jej osobistą sytuację i usłyszał jej wołanie o pomoc.” Jej osobista relacja jest w pełni sensowna, jeśli chrześcijańska opowieść o rzeczywistości jest w ogólności prawdziwa. Ale jeśli prawdziwa jest opowieść przedstawicieli oświecenia, to kochający Bóg nie jest niczym więcej niż wytworem jej wyobraźni; jeśli zaś prawdą jest to, co mówią feministki, to wytwór ten jest wynikiem patriarchalnej tradycji, w którą Dobson została siłą wtłoczona.
W pewnym sensie sąd stanowy Stanu Nowy York miał rację: chrześcijańska moralność rodzinna wydaje się nonsensownym uciskiem, jeśli uzna się za oczywiste, iż metafizyka chrześcijańska jest błędna. Skoro w decyzji w sprawie Edwardsa Sąd Najwyższy milcząco uznał, że pogląd o nadprzyrodzonym stworzeniu jest ze swej natury irracjonalny, to jak można wymagać od szkół publicznych, ukierunkowanych na promocję racjonalności i wolności demokratycznych, by oddawały sale w swych budynkach na rzecz promowania irracjonalności i ucisku?
Na przykładzie spraw sądowych widać, że panująca filozofia prawa Ameryki końca dwudziestego wieku postrzega teizm, a szczególnie tradycyjny teizm chrześcijański, w sposób wyraźnie ambiwalentny. Z jednej strony intelektualnym światem rządzi myślenie naturalistyczne, włączając w to Narodową Akademię Nauk, szkoły publiczne, uniwersytety i elity prawnicze. Z drugiej strony byłoby nie do pomyślenia dla Sądu Najwyższego czy jakiegokolwiek innego oficjalnego organu, by stwierdził on otwarcie, że „żadna nadprzyrodzona istota nie stworzyła człowieka.” Oficjalna postawa neutralności religijnej ma wielką wagę nie tylko dlatego, że ateiści i agnostycy stanowią mniejszość liczebną w porównaniu z teistami, ale także dlatego, że nasz porządek konstytucyjny jest autentycznie oddany sprawom wolności religii i wypowiedzi. Jednak to, czego nie można uczynić otwarcie, często można zrobić po cichu przez narzucenie kategorii i definicji, których wpływ nie ma nic wspólnego z neutralnością.
Sądy mogą wyrażać tolerancję, a nawet szacunek dla „religii”, ale niekoniecznie oznacza to, że istnienie Boga jest dla nich czymś innym niż tylko wygodną fantazją. Gdy sądy przeciwstawiają „religijną wiarę” w Boga „wiedzy naukowej” o naturalistycznej ewolucji, to zakładają, że ta pierwsza jest jakimś subiektywnym odczuciem, a ta druga obiektywnym faktem. Nawet ludzie, którzy wierzą w Boga, skłonni są zaakceptować ten sposób klasyfikacji, ponieważ uczy ich tego otaczająca kultura i gdy akceptują kategorie naturalistycznej metafizyki, ich umysły przyjmują naturalistyczny sposób myślenia.
Zasadniczo więc Pierwsza Poprawka w odniesieniu do religii bazuje na doktrynie metafizycznej, a nie prawnej. Czy konstytucja jest naprawdę neutralna względem naturalizmu i teizmu? Jeśli tak, to obu stanowiskom powinno się przyznać miejsce w publicznej dyskusji, w szkołach i innych miejscach i obie powinny być chronione przed dyskryminacją poglądową. A może naturalizm jest filozofią przyjętą w konstytucji? W takim wypadku naturalizm będzie miał monopol na arenie publicznej, podczas gdy teistyczne odstępstwo zostanie ograniczone do życia prywatnego. Jeśli tak jest, to Sąd Najwyższy ustanowił narodową religię w imię wolności nadanych przez Pierwszą Poprawkę do konstytucji USA.
(c.d.n.)
[1] Historia Deana Kenyona jest dobrze przedstawiona w artykule autorstwa Stephena C. Meyera, „A Scopes Trial for the ‘90’s”, The Wall Street Journal, December 6, 1993, s. A14. Osobiście znam tę sprawę jako uczestnik tego sporu.
[2] D.H. Kenyon and G. Steinman, Biochemical Predestination, McGraw-Hill, New York 1969 (przyp. tłum.).
[3] Stephena Jay Goulda recenzja Sądu nad Darwinem zatytułowana „Impeaching a Self-Appointed Judge” ukazała się w Scientific American, July 1992, s. 118-120. Redaktor Scientific American zgodnie z tym, czego można się było spodziewać, nie przyjął do druku tekstu, w którym obalałem przedstawione mi zarzuty, jak i listów (a nadesłano ich wiele) demaskujących wypaczenia tej wojowniczej recenzji. Moją odpowiedź Gouldowi i wielu innym krytykom można znaleźć w zakończeniu (oraz w przypisach związanych z tekstem) w książce Darwin on Trial (wyd. popraw., InterVarsity Press, 1993). Pomimo swych intencji Gould wsparł sukces Sądu nad Darwinem publikując atak, który tak łatwo można było rozpoznać jako niesprawiedliwy.


Komentarze
Pokaż komentarze