Phillip E. Johnson
Wielka metafizyczna opowieść
nauki (dok.)
Ocena opowieści nauki
Jak powinniśmy ocenić tę wielką metafizyczną opowieść nauki? Błędem byłoby wybranie najprostszego wyjścia i odrzucenie tej opowieści z tego powodu, że część jej kluczowych elementów nie została dowiedziona. Oczywiście, elementy te nie zostały dowiedzione. Hawking i Crick nie kryją tego odnośnie propozycji Wszechświata bez brzegów, fizycznej teorii unifikacji i materialistycznej teorii umysłu. Nie do pomyślenia jest nawet, by wielka metafizyczna opowieść mogła być przedmiotem dowodzenia. Ona raczej zwięźle obejmuje naukowy sposób myślenia o pracy, jaką nauka musi jeszcze wykonać.
W materialistycznej teorii umysłu nie chodzi na przykład o to, aby taka teoria zaistniała (poza tą najbardziej prymitywną i spekulatywną formą). Chodzi o to, by biolodzy, którzy są materialistycznymi redukcjonistami, chcieli zagorzale wierzyć, że prawdziwy postęp w kierunku zrozumienia umysłu możliwy jest wyłącznie dzięki nauczeniu się zasad biochemii, a nie przez słuchanie księży i filozofów. Podobnie założenie, że żadne nadprzyrodzone oddziaływanie nie miało wpływu na historię kosmosu, ma podbudować wiarę uczonych, że poza obszarem nauki niczego nie ma.
Kolejnym błędem byłoby niedocenienie wagi tej wielkiej metafizycznej opowieści z powodu takiego, że tematy w rodzaju pierwotnego pochodzenia są odległe od codziennych zainteresowań praktykujących naukowców. Jest niewątpliwą prawdą, że większość uczonych nie spędza zbyt wielkiej ilości czasu na myśleniu o ostatecznych metafizycznych implikacjach badań naukowych i jestem pewien, że wielu z nich jest zakłopotanych nadymaną dumą fizyków mówiących o „teorii wszystkiego” oraz dogmatycznym materializmem biologów molekularnych stwierdzających, że „DNA jest wszystkim”. Ale nie o to chodzi. Większość ludzi, niezależnie od tego, czy są naukowcami, żyje dzień po dniu, nie myśląc o kwestiach metafizycznych, ale na ich myślenie tak czy owak wpływają metafizyczne założenia. W rzeczywistości założenia metafizyczne mają największą moc, gdy pozostają nieuświadomione, ponieważ wtedy każdy członek danej społeczności bierze je za oczywiste.
Względnie niewielu naukowców otwarcie opowiada się za wielką metafizyczną opowieścią, ale każdy naukowiec, który otwarcie spróbowałby ją podważyć, wyrobiłby sobie opinię dziwaka. Hipoteza Francisa Cricka może być zdumiewająca dla ogółu, lecz gdy rozmawiałem na spotkaniach panelowych w ramach pewnego ogromnego konwentu neurobiologów, stwierdziłem, że jego podstawowa przesłanka była bezrefleksyjnie uznawana za oczywistą przez niemal wszystkich, których spotkałem. Niektórzy naukowcy są skromni, jeśli chodzi o to, co spodziewają się osiągnąć w najbliższej przyszłości, choć dostrzegalny był narastający optymizm, ale nie dostrzegłem chęci podważenia zasadniczej przesłanki, że umysł, jako część życia, jest materią i tylko materią. W końcu, czym innym miałby być?
Dlatego wielka metafizyczna opowieść jest ważna i zasługuje na to, by brać ją poważnie jako metafizyczną opowieść. Sprawa polega na tym, czy mamy uzasadniony powód, by wierzyć, że ta opowieść jest prawdziwa lub przynajmniej jest bardziej prawdopodobna od rywalizującej opowieści, według której zostaliśmy stworzeni przez nadprzyrodzoną istotę zwaną Bogiem, która troszczy się o to, co robimy i nadaje ostateczny sens naszemu życiu.
Gdy sprawa ta wychodzi na powierzchnię, co dzieje się rzadko, nie licząc sytuacji, gdy naukowcy debatują z kreacjonistami, odpowiedź, którą zwykle dają naukowi naturaliści, stwierdza, że sukcesy, jakie osiągnęła nauka w przeszłości, uzasadniają dalsze zaufanie dla metafizycznej wizji, która inspirowała te sukcesy. Jest to potencjalnie dobry argument (będę go nazywał argumentem z sukcesu), ale nie każdy sukces nauki jest tak samo ważny.
Najbardziej prymitywna wersja argumentu z sukcesu odwołuje się od technologicznych osiągnięć nauki takich, jak samoloty, bomby nuklearne, antybiotyki i komputery. Stąd już niedaleko do szyderczego argumentu, że osoby, podważające wielką metafizyczną opowieść nauki powinny spróbować podróży latającym dywanem lub leczyć choroby swoich dzieci modlitwą o uzdrowienie. W jednej z popularnych książek antropolog Donald Johanson zrobił to w godnym do zapamiętania wnioskowaniu, w którym wniosek nie wynika z przesłanek: „Nie możesz przyjmować jednej części nauki, ponieważ dostarcza ci ona takich dobrych rzeczy, jak elektryczność i penicylina i jednocześnie odrzucać innej, bo głosi poglądy na temat pochodzenia życia, które ci się nie podobają.” [1] Takie rozumowanie ignoruje bardzo ważną kwestię, że nie wszystkie twierdzenia głoszone w imię nauki są tak samo godne zaufania. Wierzymy w skuteczność elektryczności i penicyliny na podstawie eksperymentalnej weryfikacji. Wielu z nas nie wierzy twierdzeniom, że naukowcy wiedzą, jak powstało życie, ponieważ wiemy, jak bardzo niewystarczające są dowody eksperymentalne mające uzasadniać to twierdzenie. Naleganie, że twierdzenia powinny być testowane, a nie po prostu przedstawiane jako fakt jedynie dlatego, że zostały wypracowane przez osoby określane mianem „uczonych”, to po prostu naleganie, by metoda naukowa była stosowana, a nie symulowana.
W każdym razie technologiczne osiągnięcia nauki nie mają wiele wspólnego z obszernymi scenariuszami teoretycznymi kosmologii i biologii ewolucyjnej. Jest bardzo prawdopodobne, że społeczeństwo jest pod wrażeniem tego, co fizycy teoretyczni mówią o pochodzeniu Wszechświata głównie dlatego, że wcześniejsza generacja fizyków wymyśliła bombę, która zniszczyła Hiroszimę. Jest to jednak fakt mówiący o społeczeństwie, a nie o pochodzeniu Wszechświata.
Sukces, który rzeczywiście ma znaczenie dla potwierdzenia tej wielkiej metafizycznej opowieści, dotyczy stopnia potwierdzenia elementów historycznych tej opowieści. Jeśli naukowcy rzeczywiście potwierdzili najważniejsze elementy swojej opowieści, tak że do wypełnienia pozostaje tylko parę luk, to wtedy istnieją solidne podstawy (acz bez absolutnego dowodu), aby wierzyć, że opowieść ta jest zasadniczo poprawna. Wielu naukowców nieskrępowanie przyznaje na przykład, że pochodzenie życia jest wciąż nierozwiązaną zagadką i że materialistyczna teoria umysłu jest tylko hipotezą. Z drugiej strony, nawet ci sami naukowcy uznają, że neodarwinowska teoria ewolucji jest zasadniczo poprawna, a więc, że nauka wie w zasadzie, jak dzisiejsze rośliny i zwierzęta, włączając ludzi, rozwinęły się z najprostszych form żywych w drodze doboru naturalnego. Przyjmując z góry tę darwinowską przesłankę oraz poprawność astronomicznego modelu ewolucji gwiazd, formowania się Układu Słonecznego i Ziemi naukowcy mają uzasadnione powody, by sądzić, że naturalistyczne rozwiązania problemów pochodzenia życia i świadomości czekają na odkrycie.
Można sobie wyobrazić, że Bóg dwukrotnie ingerował w historię kosmosu: raz, by stworzyć pierwsze życie i po raz kolejny, by nadać hominidom ludzką świadomość, pozostawiając wszystko pomiędzy tymi momentami naturalistycznej ewolucji. Jednak na naukowcach, którzy uważają, że udało im się wspaniale rozwiązać największą część układanki, nie robi wrażenia ten „Bóg luk”, który – jak się wydaje – niedługo zostanie zastąpiony przez kolejną udaną naturalistyczną teorię.
Przypuśćmy jednak, że akceptowana teoria ewolucji biologicznej jest z gruntu fałszywa. Przypuśćmy, że darwinowski mechanizm mutacji i doboru nie może w rzeczywistości stworzyć złożonych organów i organizmów z form prostszych i że problem biologicznej złożoności nie został rozwiązany. Gdyby trzeba było przyznać się do błędu tej wielkości, to cała część tej wielkiej metafizycznej opowieści, która dotyczy historii i natury życia, zostałaby zakwestionowana. Jeśli zostałaby utracona darwinowska podstawa, wtedy zaufanie pokładane przez naukowców w to, że mogą dostarczyć ostatecznego materialistycznego wyjaśnienia początków życia i świadomości, nie byłoby już niczym uzasadnione. Po co poświęcać ogromne wysiłki na spekulacje na temat tego, jak w chemicznej zupie mogła powstać prymitywna forma RNA, skoro nie wiadomo, jak taka molekuła mogła się rozwinąć w komórkę? Dlaczego przyjmować, że umysł jest tylko materią, skoro nie ma się pojęcia, w jaki sposób mózg mógł wyewoluować? Zamiast ogólnie zadowalającego obrazu historii życia z paroma jedynie lukami, nauka stanęłaby wobec ogromu tajemnicy, która powiększałaby się wraz z gromadzeniem kolejnych danych biologicznych. Jeśli wyobrazimy sobie konsekwencje wypływające ze zdyskredytowania teorii Darwina, to łatwo zrozumieć, dlaczego naukowcy tak zajadle jej bronią.
Modernizm bazuje na wielkiej metafizycznej opowieści nauki, a stopień, w jakim opowieść ta była z sukcesem przedstawiana, bazuje w znacznej mierze na teorii ewolucji Darwina. Dla naukowych naturalistów opowieść ta i ta teoria są na dobrą sprawę święte, ale teistyczni realiści mogą pozwolić sobie spojrzeć na nie krytycznym okiem.
Phillip E. Johnson
[Na Początku... 2002, nr 1-2 (151-152), s. 3-14; nr 3-4 (153-154), s. 89-106; nr 5-6 (155-156), s. 131-151; nr 9-10 (159-160), s. 280-303.]
[1] Maitland A. Edey and Donald C. Johanson, Blueprints: Solving the Mystery of Evolution, Little, Brown, 1989, s. 2.


Komentarze
Pokaż komentarze