Phillip E. Johnson
Czy istnieje ślepy zegarmistrz?
(cz. 1)
W numerze z 8 maja 1994 roku The New York Sunday Magazine zamieścił krótki artykuł Jonathana Weinera zatytułowany „The Handy-Dandy Evolution Prover”. [1] Tekst Weinera rozpoczynały historyjki o fundamentalistycznych chrześcijanach, których poznał, a którzy nie wierzyli w teorię ewolucji i zamiast niej przyjmowali, że Ziemia nie liczy sobie więcej niż dziesięć tysięcy lat. Za niezwykle osobliwe uznał on to, że istnieją wciąż tacy ludzie, podczas gdy sam był świadkiem faktycznego postępu ewolucji. Weiner napisał książkę o swoim pobycie na wyspach Galapagos wraz z Peterem i Rosemary Grantami, naukowcami z Princeton badającymi zięby. Szczególne cechy „zięb Darwina” z tych wysp były przez długi czas ważnym przykładem tego, co Julian Huxley nazwał „ewolucją w działaniu”, choć sam Karol Darwin wydawał się nie zauważać ich znaczenia, gdy odwiedził te wyspy w czasie swej słynnej podróży. Grantowie obserwowali, mierzyli i zapisywali charakterystyczne cechy populacji zięb, szczególnie ich dziobów i zauważyli zmienność pojawiającą się od czasu do czasu wskutek zmian otoczenia.
Najbardziej spektakularny przykład ewolucji, jakiego świadkami byli Grantowie, wiązał się z pewnym gatunkiem zięb, którego liczebność znacznie się zmniejszyła podczas wielkiej suszy, jaka miała miejsce na wyspie Daphne w 1977 roku. Dzioby zięb z pokolenia następującego po suszy były średnio o 4 do 5 procent dłuższe i lepiej ukształtowane do otwierania twardych nasion, które pozostały na wyspie. Później w 1983 roku przyszły wielkie powodzie, wiele z zięb zginęło, a wyspa zmieniła się nagle z pustyni w dżunglę. Pierwsze popowodziowe pokolenie zięb znów miało krótsze dzioby, które pozwalały im na dostęp do mnóstwa malutkich nasion, jakie teraz stały się dostępne. Rozmiar dziobów zatoczył więc koło, spowodowane zmianami otoczenia, od mniejszych do większych i z powrotem do mniejszych.
Pochwalna recenzja książki Weinera (The Beak of the Finch: A Story of Evolution in Our Time) ukazała się w dziale z recenzjami Timesa tydzień później. Tak jak esej Weinera recenzja ta zaczynała się od komentarza dotyczącego zadziwiająco upartego trzymania się biblijnego kreacjonizmu przez osoby, które pod innymi względami wyglądają na ludzi zupełnie rozsądnych. Recenzent przypisywał to brakowi wiedzy o przygniatających dowodach ewolucji, które zostały odkryte przez ewolucjonistów. „Pomimo istnienia bogactwa mocnych dowodów doboru naturalnego i pochodzenia gatunków w postaci skamieniałości tkwiących w odwiecznych skałach”, pisał recenzent „istnieje znacznie subtelniejszy dowód, wśród żywych stworzeń.” [2] Recenzja wychwalała Weinera za wykazanie, że ewolucja to nie tylko teoria o zmianach, które dokonały się w odległej przeszłości, ale proces, który możemy oglądać, ponieważ zachodzi on wokół nas przez cały czas. Jak sam Weiner napisał, po tym jak ktoś zobaczył faktycznie działającą ewolucję, „dyskutowanie, czy proces ten zachodzi naprawdę, wydaje się takim samym absurdem, jak zastanawianie się, czy istnieje grawitacja.” [3]
Karykatura dyskusji
Artykuł Weinera i recenzja jego książki pokazują to, co nazwałbym „oficjalną karykaturą” sporu kreacjonizmu z ewolucjonizmem, zniekształceniem, które zarówno jawnie, jak i w ukryty sposób, pojawia się w niemal wszystkich mediach i podręcznikach. Zgodnie z tą karykaturą „ewolucja” jest prostym, jednorodnym procesem, którego działanie można dostrzec dziś i którego istnienie niedwuznacznie potwierdza zapis kopalny. Wszyscy przyjmują istnienie ewolucji oprócz niepokojąco dużej grupy biblijnych fundamentalistów, którzy upierają się, że wiek Ziemi nie przekracza dziesięciu tysięcy lat, a warstwy skamieniałości są wynikiem potopu z czasów Noego. Te dziwne osoby są albo niedoinformowane o istniejącym świadectwie empirycznym, albo odrzuciły je, gdyż miałoby ono stanowić pokusę, którą Bóg sprawdza naszą wiarę w słowa Księgi Rodzaju. Nie ma żadnej przekonującej intelektualnej podstawy dla ich odstępstwa, ponieważ świadectwa ewolucji są w pełni rozstrzygające.
Zgodnie z oficjalną karykaturą zmienność dziobów zięb, którą zaobserwowali Grantowie na wyspie Daphne, jest z gruntu tym samym procesem, który sprawił, że ptaki zaczęły w ogóle istnieć. W istocie ten sam proces, rozciągnięty na niezmiernie długie okresy czasu geologicznego, wytworzył złożone rośliny i zwierzęta z jednokomórkowych mikrobów. Ewolucja biologiczna jest więc na wszystkich poziomach zasadniczo tym samym procesem, który ktoś albo uznaje, albo (irracjonalnie) odrzuca.
Naukowe rozumienie ewolucji, zgodnie z tą karykaturą, nie zagraża religii teistycznej. Jak ujął to recenzent New York Timesa: „Sekret życia polega na tym, że może się ono zmieniać [wraz ze zmianami środowiska] i dalej kontynuować swój rozkwit; i gdybym szukał śladów nieskończenie mądrego stwórcy, to tu mógłbym je znaleźć.”
Oczywiście, oficjalna karykatura całkowicie błędnie przedstawia przedmiot sporu. Nie wszyscy kreacjoniści dosłownie interpretują Księgę Rodzaju, czy też są wyznawcami koncepcji młodej Ziemi i niekoniecznie odrzucają „ewolucję” w każdym znaczeniu tego tak podatnego na manipulację słowa. Kreacjonista jest po prostu osobą, która wierzy, że Bóg stwarza – mając na myśli to, że świat ożywiony jest wytworem inteligentnego i działającego celowo Stwórcy, a nie kombinacji przypadkowych zdarzeń i bezosobowych praw przyrody. Krytycy teorii ewolucji w pełni zdają sobie sprawę ze standardowych przykładów mikroewolucji, włączając w to hodowlę psów i cykliczne zmienności, które wystąpiły w przypadku populacji zięb i ciem. [4] Różnica polega na tym, że my interpretujemy te obserwacje jako przykłady zdolności psów i zięb do zmiany w określonych granicach, a nie jako proces pozwalający w ogóle wytworzyć psy i zięby, a jeszcze mniej – główne grupy roślin i zwierząt.
Ten sceptycyzm odnośnie ekstrapolacyjnego rozumienia ewolucji trudno nazwać nieracjonalnym, ponieważ wielu wybitnych biologów ewolucyjnych także pisało, że wielkoskalowych zmian ewolucyjnych nie można wyjaśnić wyłącznie jako produktu zmienności akumulowanych z pokolenia na pokolenie. Każdy kreacjonista (i wielu ewolucjonistów) na poparcie teorii „ewolucji” jako ogólnej teorii historii życia wymaga wiele więcej niż jedynie przytaczania przykładów zmienności w niewielkiej skali. Wymaga pokazania, w jaki sposób skrajnie złożone struktury biologiczne mogą powstać z prostych struktur w wyniku działania procesów naturalnych, bez udziału nadnaturalnego Stwórcy. Być może biolodzy ewolucyjni potrafią pokazać, jak to się stało, ale przykład z dziobami zięb w ogóle tu nie pasuje.
Karykatura ta wprowadza w błąd także przez sugerowanie, że Darwinowska ewolucja, jeśli ją właściwie rozumieć, wskazuje na istnienie „nieskończenie mądrego stwórcy”. Wszystkie największe autorytety współczesnego darwinizmu twierdziły coś przeciwnego począwszy od prekursorów neodarwinowskiej syntezy (Theodosius Dobzhansky, George Gaylord Simpson, Julian Huxley, Ernst Mayr) aż po takie współczesne autorytety, jak Richard Dawkins, Stephen Jay Gould i Douglas Futuyma. Gould na przykład wygłosił taką uwagę: „Przed Darwinem myśleliśmy, że stworzył nas dobry Bóg.” [5] Po przyjęciu darwinizmu takie przekonanie jest jednak nie do obrony. Jak pisze Gould:
"Żaden interweniujący duch nie spogląda z miłością na to, co dzieje się z przyrodą (choć Newtonowski Bóg mógł nastawić całą machinę na początku czasów i potem puścić ją w obieg). Żadne witalne siły nie popychają ewolucyjnych zmian. I cokolwiek myślimy o Bogu, jego istnienie nie przejawia się w przyrodzie." [6]
Podobne uwagi były wyrażane także przez niemal wszystkich innych czołowych darwinistów, którzy pisali dla szerokiego grona odbiorców (zawodowym uczonym nie trzeba mówić takich rzeczy). W kontekście sporu kreacjonizmu z ewolucjonizmem głównym punktem teorii „ewolucji” nie jest badanie naturalnej zmienności czy hodowli zwierząt domowych, choć biolodzy ewolucyjni, oczywiście, prowadzą i takie badania. Główna sprawa polega na tym, że cała historia życia może być rozumiana jako część wielkiej metafizycznej opowieści nauki. W tym celu biologia ewolucyjna musi przyjąć, że kombinacja przypadkowych wydarzeń i bezosobowych praw przyrody – „przypadek i konieczność”, mówiąc słynnymi słowami Jacquesa Monoda – rzeczywiście dokonała biologicznego stworzenia.
(c.d.n.)
[1] Streszczenie przez Jonathana Weinera argumentu na rzecz ewolucji zawartego w książce The Beak of the Finch ukazało się w niedzielnym wydaniu The New York Times Magazine, May 8 1994, s. 40. Sama książka została opublikowana przez wydawnictwo Alfred A. Knopf w 1994 roku [polskie tłumaczenie książki Weinera: Dziób zięby czyli, jak dziś przebiega ewolucja, Książka i Wiedza, Warszawa 1997 – przyp. tłum.].
[2] Pochwalna recenzja Douglasa H. Chadwicka (co do treści praktycznie identyczna ze streszczeniem Weinera) ukazała się w New York Times, May 22, 1994, s. 7.
[3] Czytelnicy zaznajomieni z literaturą o ewolucji zauważyliby, że przypadek dziobów zięb jest podobny do najsłynniejszego przykładu „ewolucji w działaniu” podawanego w podręcznikach: fenomenu zwanego „melanizmem przemysłowym” ciem pieprzowych. W populacji zawierającej zarówno jasne, jak i ciemne ćmy, jasne ćmy dominowały ilościowo, gdy powierzchnia drzew miała jasną barwę, ale gdy powierzchnia drzew pociemniała pod wpływem wzrostu zanieczyszczeń przemysłowych – ciemne ćmy zaczęły dominować. Przykład ten nie prezentuje procesu zmiany ćmy w coś innego, czy nawet zmiany ich koloru. Przedstawia w zasadzie stabilną populację, która może się cyklicznie zmieniać, by dopasować się do panujących warunków.
[4] Przykład dzioba zięby jest omawiany na stronach 42-43 mojej książki Sąd nad Darwinem (Oficyna Wydawnicza Vocatio, Warszawa 1997) jako typowy przykład zmienności oscylującej.
[5] Stephen Jay Gould, Ever Since Darwin, Pelican, W.W. Norton, New York 1997, s. 267.
[6] Stephen Jay Gould, In Praise of Charles Darwin, w: Charles L. Hamrun (ed.), Darwin’s Legacy, Harper & Row, 1983, s. 6-7. Pierwotnie esej ten ukazał się w czasopiśmie Discover, February 1982.


Komentarze
Pokaż komentarze