ARNOLD PARSZAWIN ARNOLD PARSZAWIN
41
BLOG

ICH BIN KEIN BERLINER

ARNOLD PARSZAWIN ARNOLD PARSZAWIN Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 1

 

Powiedzmy to otwarcie: obalenie muru berlińskiego było fatalną, acz nieuchronną, konsekwencją sukcesu „SOLIDARNOŚCI”. Oczywiście, „sukces „SOLIDARNOŚCI” ” należy tu rozumieć jako skrót myślowy. Wątpliwości, co do tego, czy był to rzeczywisty sukces, a jeżeli był, to czy akurat niezależnego samorządnego związku zawodowego (czy nawet szeroko rozumianej polskiej opozycji) będą tu jak najbardziej uzasadnione. Myślę, że opisowa formuła mówiąca o błyskawicznie postępującym rozkładzie komunistycznego systemu w Europie Wschodniej już takich wątpliwości wzbudzać nie będzie. Ale wróćmy do myśli głównej.
     Niestety, ani geografii, ani polityki nie da się oszukać. Nie było nigdy możliwości punktowego (czytaj: wyłącznie polskiego) wyjścia z sowieckiej strefy wpływów z wielce pożądanym zachowaniem status quo między Odrą i Łabą. Takie geopolityczne cuda się nie zdarzają, dlatego dziś, po dwudziestu latach, trudno oprzeć się wrażeniu historycznego deja vu znów z gracją pijanego murarza na rusztowaniu Polska balansuje pomiędzy młotem a kowadłem, a ściślej mówiąc: między Arszlochią a Kacapią. Dziś nie ma już najmniejszych wątpliwości, że polityka europejska wraca do starych trwale skompromitowanych, jak się naiwnie wydawało jakiś czas temu, kolein. To Europa dwóch graczy: Niemiec i Rosji. Doprawdy wystarczy niewielki wysiłek intelektualno-poznawczy ,by rozbić cienką skorupkę politycznej poprawności i dostrzec w projekcie Unii Europejskiej zaledwie kosztowną figurę stylistyczną, a nie realny podmiot polityczny. Wszystko jest, jak już kiedyś było: Stany Zjednoczone pochłonięte swoimi problemami, coraz mniej zainteresowane rolą gwaranta europejskiego ładu, Wielka Brytania jak zawsze zaangażowana w Europie na 50%, Francja tradycyjnie, zadowalająca się narcystyczną grą pozorów, traktująca serio mrzonki o swoich wielkich możliwościach i przywódczej pozycji. Na placu pozostaje tylko dwóch pierwszoplanowych absolutnie zdeterminowanych graczy, doskonale świadomych, o co grają. A gra toczy się o odzyskanie historycznych, jakiś czas temu utraconych, wpływów, odpowiadających dzisiejszemu potencjałowi i ambicjom obu państw.
     Wcale nie zdziwi mnie protest tych wszystkich, którzy wbrew faktom zanegują naszkicowany powyżej obraz sytuacji. Rozumiem, jak trudno wybudzić się z pięknego snu, zwłaszcza, że śnionego zbiorowo, snu, w którym pobożne życzenia o bezpiecznej i solidarnej Europie nie tylko wydają się możliwe do spełnienia, ale wręcz rzekomo już zostały spełnione.
     Mur berliński przez wiele lat swojego istnienia pełnił analogiczną funkcję do betonowego sarkofagu nad reaktorem atomowym w Czarnobylu. Był prymitywną, ale jedyną możliwą (zważywszy na czas i miejsce) osłoną przed niewidzialnym niebezpieczeństwem, przed obłędem niemieckich snów o potędze, które w niemniejszym stopniu niż śmiertelne promieniowanie zagrażają zazwyczaj Europie. To, co w fizyce dokonuje się w ułamku sekundy w historii rozkłada się na dziesięciolecia. W Berlinie świętuje się właśnie dwudziestą rocznicę rozszczelnienia, ba - demontażu betonowych zabezpieczeń. Czy samą siłą ducha i woli da się powstrzymać fatalny rozwój wydarzeń? Może i tak, pod warunkiem, że duch okaże się czymś więcej niż racjonalną polityczną kalkulacją, a wola czymś więcej niż gotowością na każdy kompromis. Nie znajduję w dzisiejszej Europie tak rozumianego ducha ani woli.
     Nic dwa razy się nie zdarza, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a historia powtarza się tylko jako farsa. Zgoda, to wszystko prawda. Rzecz w tym, że udział w farsie, zwłaszcza w roli niezbyt rozgarniętego kamerdynera, to wątpliwy powód do chwały. „Ich bin ein Berliner” – to nie brzmi już dumnie.  

znany z tego, że jest nieznany

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura