Jest koniec 2012 roku. Bredni o końcu świata nikt nie traktuje już poważnie - nawet w tabloidach porzucono ten sensacyjny temat, ogłaszając, że najbliższy prawdopodobny termin apokalipsy to rok 2018.
Organizację mistrzostwa Europy w piłce nożnej w Polsce i na Ukrainie uznano za względny sukces gospodarzy, zwłaszcza w kontekście wcześniejszych o dwa lata mistrzostw świata w RPA. W ocenie występu polskiej reprezentacji wyraźnie dominują głosy krytyczne. Największym sukcesem biało- czerwonych okazał się zremisowany bezbramkowo mecz otwarcia mistrzostw. Potem było już tylko gorzej. Władze PZPN uznały, że nasza drużyna wykonała plan minimum, a co najważniejsze wykazała się hartem ducha i wolą walki. Trener reprezentacji wyraził nawet pogląd, iż wobec szalonego postępu, jaki dokonał się ostatnimi laty w europejskim futbolu, występ Polaków należy uznać za udany, chociaż niedosyt pozostaje. Szkoleniowiec, zapytany o swój wkład w poziom polskiej drużyny narodowej, skromnie zwrócił uwagę na wyraźną poprawę stylu gry swoich piłkarzy i oparcie kadry na graczach występujących w I i II lidze białoruskiej. Na pierwszym poturniejowym posiedzeniu zarządu PZPN-u zadecydowano jednak o odwołaniu dotychczasowego selekcjonera, mając na uwadze konieczność nowego otwarcia w obliczu trudnych eliminacji do mistrzostw świata. Władze związku były zgodne, że aktualnym wyzwaniom najlepiej sprosta najbardziej doświadczony i utytułowany polski szkoleniowiec, trener mający na koncie trzecie miejsce polskiej reprezentacji na mundialu w 1982 r.
Po aferze korupcyjno-szpiegowskiej, zwanej kazaczokgate, a wywołanej po wakacjach ujawnieniem przez prasę bulwersujących faktów na temat podejrzanych znajomości niektórych członków rządu, notowania głównej partii rządzącej nieznacznie wzrosły. Partyjni przywódcy uznali to za oczywisty dowód zaufania i poparcia dla premiera Ronalda Kaszuby i wyraz społecznego przyzwolenia na rozpoczęcie planowanych przez jego rząd trudnych, ale i naglących reform, wśród których za priorytetowe uznaje się reformę służby zdrowia, ZUS-u i KRUS-u, systemu podatkowego, szkolnictwa wyższego i wymiaru sprawiedliwości. Premier po zapoznaniu się z wynikami badań opinii publicznej dotyczących afery błyskawicznie przystąpił do działania. Kaszuba zdymisjonował jednego ze swoich najbliższych ministrów, uznając za niestosowne utrzymywanie przez niego bliskich kontaktów biznesowo-towarzyskich z osobnikiem znanym jako „Kazaczok”, będącym rezydentem rosyjskiej mafii i prawdopodobnie także agentem rosyjskiego wywiadu. Nie koniec na tym, premier postanowił przykładnie ukarać swojego podwładnego i mianował go szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego obarczając go arcytrudnym zadaniem przebudowy nieefektywnej służby i odzyskania przez nią nadwątlonego w ubiegłych latach zaufania społecznego. W opinii kilku gazet i prywatnych telewizji dymisja członka rządu i uczynienie go główną osobą odpowiedzialną w państwie za walkę z korupcją było genialnym posunięciem PR-owskim, bo w ten sposób za jednym zamachem premier zneutralizował znane od lat korupcyjne zapędy swojego bliskiego współpracownika, jednocześnie wykorzystując jego rozległą i niekwestionowaną wiedzę o korupcji do jej skutecznego zwalczania, co stanowić będzie silny argument w konfrontacji z opozycją.
Polska dyplomacja aktywnie i konstruktywnie uczestniczy w budowie nowego ładu europejskiego, którego kluczowym i nieusuwalnym elementem staje się Rosja. Nasz kraj odgrywa w tym procesie naturalną ze względu na swoją pozycje i położenie ważną rolę pomostu, by nie rzec, korytarza. Rosnące znaczenie Polski w polityce europejskiej doskonale pokazał ostatni szczyt Unia Europejska-Polska-Rosja w Kaliningradzie, gdzie spotkali się reprezentująca Unię kanclerz Niemiec, premier Rosji i premier Ronald Kaszuba. Szef polskiego rządu komplementowany przez swoich partnerów za realizm i dalekowzroczność wielokrotnie podkreślał, że Polska nie zrobi nic, co miałoby podważyć jej europejską wiarygodność i znów uczynić z niej kraj nieprzewidywalny. Nieoczekiwanie na szczycie strona unijna i rosyjska ogłosiły gotowość rezygnacji z budowy gazociągu północnego i zaproponowały stronie polskiej budowę eksterytorialnego łącznika, biegnącego przez Polskę Północną od rosyjskiego systemu gazowego do Niemiec. Wybór takiego rozwiązanie oznaczałby niebagatelne oszczędności, a więc zwiększenie rentowności całej inwestycji – koszt budowy rurociągu na dnie Bałtyku szacowano na 12 mld euro, natomiast wariant „polski” to wydatek nie przekraczający 4 mld euro. Premier Kaszuba sprawiał wrażenie zaskoczonego tą propozycją, jednak obiecał jej rzeczową analizę pod kątem finansowym, technicznym i prawnym –„ bez jakichkolwiek politycznych i historycznych uprzedzeń”. Jeśli chodzi o szczegóły, to ujawniono, że strona polska miałaby nie partycypować w kosztach budowy, rezygnując w zamian z wszelkich opłat tranzytowych. Przedsięwzięcie byłoby własnością rosyjsko-niemieckiej spółki, mającej nad nim pełną kontrolę i zarząd, także na odcinku polskim.
Rzecz jasna, zaproponowane w Kaliningradzie porozumienie wywołało w Warszawie burzę kontrowersji, posypały się oskarżenia o zdradę fundamentalnych interesów narodowych. Broniąc się na konferencji prasowej po powrocie ze szczytu, Kaszuba podkreślał wielokrotnie, że nie składał żadnych wiążących obietnic, a zgoda na „polski rurociąg” będzie możliwa tylko, gdy inwestycja wzmocni interesy i pozycję Rzeczypospolitej. Prawicowi krytycy projektu nie omieszkali zauważyć, że rurociąg będzie „polski” w tym samym znaczeniu, w jakim Auschwitz był „polskim obozem zagłady”. W tej gorącej sytuacji głos zabrał wicepremier Waldemar Strąk-Pawlina, reprezentujący w rządzie drugą partię koalicyjną. Zaapelował o racjonalne podejście do sprawy i skupieniu się na jej merytorycznych aspektach. Zastrzegł, iż nie ma jeszcze do końca wyrobionego zdania, ale wobec przesądzonej już ostatecznej rezygnacji z budowy gazoportu w Świnoujściu rurociąg, biegnący przez Polskę, stanowiłby naturalną alternatywę i uzupełnienie dla istniejących źródeł zaopatrzenia, a przy tym nie wymagałby od nas żadnych nakładów. Potężna inwestycja wygenerowałby znaczącą liczbę nowych miejsc pracy i stanowiła szansę rozwoju dla wielu polskich firm. Strąk-Pawlina wskazał też na ważny aspekt polityczny – Polska umożliwiając ten ambitny projekt wniosłaby, być może, decydujący wkład w budowę nowego europejskiego ładu, opartego na strategicznym partnerstwie z Moskwą. Komentatorzy uznali zgodnie „zrównoważoną” wypowiedź wicepremiera za czytelny sygnał, że tak naprawdę obóz rządowy gotów jest poprzeć niemiecko-rosyjski projekt. Póki co cierpliwie czeka aż emocje nieco opadną, by w odpowiednim momencie obwieścić swoje „tak”, co miałoby być ostatecznym i niepodważalnym świadectwem europejskiej dojrzałości Polski.
Ujawnienie kolejnych szczegółów związanych z przebiegiem „polskiego gazociągu” rozgrzało krajową opinię publiczną do czerwoności. Okazało się bowiem, że dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie grunty należące do Agencji Nieruchomości Rolnych, a położone w bezpośredniej bliskości planowanego rurociągu zostały zbyte na początku roku na rzecz podmiotu gospodarczego, będącego własnością jednego z najbogatszych Polaków, dobrego znajomego, dawniej wręcz kolegi partyjnego, obecnego ministra rolnictwa i wicepremiera Strąka-Pawliny. Była to największa w historii agencji jednorazowa sprzedaż gruntów. Mało tego, wyszło też na jaw, iż niemal natychmiast po zakupie omawianych nieruchomości ich nowy właściciel wystąpił z wnioskiem o ich odrolnienie. Dla przeciwników rządu był to oczywisty dowód, że od dłuższego czasu toczy się potajemna międzynarodowa gra, której stawką jest już nie tylko energetyczna suwerenność Polski, ale wręcz jej terytorialna integralność. Poziom agresji i polaryzacji polskiej sceny politycznej osiągnął stan porównywalny z sytuacją z latach osiemdziesiątych XX w. Od momentu upublicznienia informacji o podejrzanych zakupach państwowej ziemi na wielką skalę notowania rządu i obu partii koalicyjnych gwałtownie i, jak się okazało, trwale spadły, co w widoczny sposób odbiło się na kondycji psychicznej premiera Kaszuby. Jego publiczny wizerunek ucierpiał tak rozpaczliwie, że z listem otwartym w jego obronie wystąpiła grupa ponad stu intelektualistów: profesorów, twórców, ludzi kultury. W opublikowanym na łamach najbardziej opiniotwórczej gazety dramatycznym „Apelu do rodaków” dali wyraz swojej niezachwianej wiary w czystość intencji premiera, oskarżając przy tym jego wrogów o wywoływanie atmosfery wojny domowej i cyniczne ożywianie najgorszych nacjonalistycznych resentymentów, grożące Polsce ponowną marginalizacją i izolacją w Europie. Swojego rodzaju kuriozum stał się wywiad udzielony najpoczytniejszemu niemieckiemu tygodnikowi przez światowej sławy reżysera, Andrzeja Krzysztofa Katza. Katz na pytanie dziennikarza, co myśli o coraz dynamiczniejszej ofensywie w Polsce sił antyeuropejskich, obwieścił, ni mniej ni więcej, że skoro nie udało się nauczyć Polaków myśleć racjonalnie sowieckimi kolbami, to nie zostaje nic innego, jak przymusić ich do europejskości gazrurką. Wywiad został przyjęty w Polsce z powszechnym niesmakiem, złośliwi zinterpretowali go jako przejaw demencji starczej osiemdziesięciokilkuletniego filmowca.
Żenująca wypowiedź zasłużonego reżysera była ostatnim akcentem jakże ważnego dla Polski i nie tylko roku 2012. Co przyniesie rok następny i dalsza przyszłość? Jedno jest pewne – końca świata nie będzie – no, przynajmniej do 2018. Poza tym wszystko inne wydaje się możliwe i prawdopodobne.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)