Artykuł Bogdana Musiała w sobotniej „Rzeczypospolitej” przywołał w mojej pamięci wciąż żywe wspomnienia - żywe pomimo upływu wielu lat i ich epizodycznego znaczenia. Gdzieś w lutym (na pewno była to jeszcze zima) 1982 w odstępie może dwóch tygodni dotarły na nasz domowy adres dwie średniej wielkości paczki. Pierwsza zapakowana w szary szorstki papier, starannie obwiązana konopnym sznurkiem, druga owinięta w kolorowy lśniący papier, pieczołowicie zabezpieczona taśmą klejącą. Tę pierwszą nadano z Gery w NRD, drugą z Bochum w RFN. Zawartością przesyłki prawie się nie różniły, obie zawierały jakieś podstawowe artykuły spożywcze i przydatne w gospodarstwie domowym środki czystości. Tak naprawdę to, co je różniło, to były opakowania – w przypadku pochodzących tych z Zachodu - porażająco kolorowe i pomysłowe, dla obywateli szmatławo szarego PRL-u po prostu objawienie. O ile pamiętam, jeśli idzie o jakość produktów, to tylko enerdowska czekolada, będąca czymś pośrednim pomiędzy znanymi nam wyrobami czekoladopodobnymi a prawdziwą czekoladą, wyraźnie odstawała smakiem od nadesłanej z Bochum „Milki”.
Nadawcy obu paczek nie byli ani przypadkowi, ani anonimowi. Byłem wówczas zatrudniony w jednym ze zjednoczeń handlu zagranicznego i jako taki utrzymywałem kontakty z różnymi przedstawicielami firm zarówno z tzw. obozu socjalistycznego, jaki i z Europy Zachodniej. W tych kontaktach mieścił się przeważnie taż jakiś margines na dość ograniczone stosunki bardziej osobiste, co zaowocowało właśnie tą jednorazową pomocą w ciężkich czasach stanu wojennego.
Nie pamiętam odczuć, jakie towarzyszyły mi wówczas w związku z tym nieoczekiwanym obdarowaniem, czy był to wstyd, zażenowanie, złość czy może po prostu wdzięczność. Nie pamiętam także, czy zastanawialiśmy się wówczas nad motywacjami nadawców obu paczek, nad źródłem ich gestu. Jednakże doskonale znając wówczas zarówno wschodnio- jak i zachodnioniemieckie realia, nie mogłem mieć wątpliwości, jakie kryły się za nimi mechanizmy. W pierwszym przypadku mogła to być wyłącznie odgórna, akcja po linii partyjno-zakładowej. Gdyby nie było na nią oficjalnego zapotrzebowania, w tamtych historycznych warunkach podobny gest solidarności z Polakami wymagałby od obywateli NRD prawdziwej odwagi cywilnej, na którą zapewne niewielu byłoby stać. W drugim przypadku ewidentnie zadziałał jakiś odruch stadny – przez Zachód przetaczała się wszak fala szczerego współczucia i moralnego, choć w dużej mierze jednak tylko deklaratywnego, wsparcia dla pognębionej polskiej „SOLIDARNOŚCI”.
W każdym razie pomoc została przyjęta i skonsumowana w ciągu kilku kolejnych ponurych tygodni polsko-jaruzelskiej wojny.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)