Tak naprawdę, D. nigdy nie był dla mnie kimś szczególnie ważnym. Nie da się jednak zaprzeczyć, że znajomość z nim w pewien szczególny sposób zaważyła na moim życiu. Poznałem go rozpoczynając, tak jak on, studia polonistyczne w Łodzi w historycznym roku 1981. Zewnętrznie właściwie niczym się nie wyróżniał, może tylko rzadko spotykaną u dwudziestolatków łysiną. Przy bliższym poznaniu charakterystykę D. wzbogacał stosowany przez niego zestaw błazeńskich min, a zwłaszcza imitujące ryczenie barana „beee” - używane zawsze jako odpowiedź na zbyt trudne lub niewygodne pytanie. Był to niewątpliwie przejaw jego poczucia humoru, ale także świadoma nonszalancja. Czymś więcej niż nonszalancją, bo oczywistą ekstrawagancją, było fanatyczne przywiązanie D. do Łódzkiego Klubu Sportowego, jednego z dwóch miejscowych pierwszoligowych klubów piłkarskich. Na początku osiemdziesiątych lat ubiegłego wieku ŁKS, co prawda od wielu sezonów utrzymujący się w polskiej ekstraklasie, był drużyną grającą piłkę bez żadnych wzlotów, bez charakteru i bez wybitnych graczy. Tymczasem drugi łódzki zespół – Widzew – szybko po awansie do pierwszej ligi wniósł do polskiego piłkarstwa powiew świeżości, a co ważniejsze, dzięki ambicji i charakterowi swoich piłkarzy, w tym kilku europejskiego formatu, zasłużenie zyskał rangę jednego z najlepszych zespołów w historii krajowego futbolu. W tej sytuacji publiczne deklaracje bezwarunkowego uwielbienia dla ŁKS-u wielu odbierało jako coś, co dziś popularnie nazywa się, „obciachem”. Niewątpliwie, D. w ten przekorny sposób demonstrował jakiś rodzaj cywilnej odwagi, pewności siebie właściwej ludziom już dojrzałym.
Tę dojrzałość potwierdzało jego świadome i ideowo wyraziste zaangażowanie polityczne. Oczywiście, czas był wyjątkowo burzliwy i każdy, komu obmierzła brzydota i nędza PRL-u, a było takich wielu, jakoś manifestował swój sprzeciw. Z reguły jednak był to tylko, albo aż, sprzeciw moralny – przeciw „nim”, przeciw partii, czy w najbardziej radykalnej wersji, przeciw „moskiewskim pachołkom”. Dla zdecydowanej większości sprzeciw ten miał też charakter raczej symboliczny i wyrażał się zwykle w tak naprawdę anonimowym udziale w strajkach, demonstracjach, czy otwartych spotkaniach z rzeczywistymi, bądź tylko uchodzącymi za takich, opozycjonistami. D. owszem odrzucał komunizm jako system z natury zbrodniczy i ekonomicznie skazany na bankructwo. Nie da się jednak ukryć , że w tym samym stopniu brzydziła go cywilizowana i syta zachodnioeuropejska, jak to mawiał, „pedalska”, lewica. Bez obawy o przesadę można zaryzykować twierdzenie, że w połowie lat osiemdziesiątych wybór między jednym a drugim jawił mu się jako coś porównywalnego z wyborem pomiędzy AIDS-em a HIV-em.
Był pierwszym człowiekiem, jakiego poznałem, mówiącym głośno o swoich prawicowych przekonaniach politycznych. Początkowo poziom mojej historycznej nieświadomości ukształtowanej przez peerelowską szkołę i propagandę , nie pozwalał mi nawet wierzyć w istnienie na poważnie czegoś takiego, jak prawicowy światopogląd – w końcu nie potrafiłem wymienić ani jednego znanego nazwiska współczesnego Polaka o takich poglądach. Sądziłem więc, że to jeszcze jedna z ekstrawagancji D., jeszcze jeden z wymyślonych przez niego sposobów zademonstrowania swojej oryginalności. No bo czymże miała być prawicowość w warunkach Polski „Ludowej”? Może antyrosyjskością? Ale ta wynikała raczej wprost z pobudek patriotycznych. Przywiązaniem do katolicyzmu? Ale religia jako taka dotyczy raczej ponadpolitycznej sfery życia. Poza tym zdecydowana większość tych, których wówczas znałem, była katolikami a przy tym marzyła o kraju bez sowieckich czołgów i dominacji, a jednak nikt z nich z tych powodów nie uznawał się za prawicę – może po prostu nie wiedzieli, że mówią prozą? Wydawać by się mogło, że w definiowaniu prawicy, jako swojego naturalnego ustrojowego wroga, nikt nie mógł być bardziej wiarygodny niż ówczesna jakby nie było na wskroś lewicowa władza. Ale i z tej strony nie było żadnej pomocy. Owszem, partia komunistyczna od pewnego momentu nie unikała wskazywania swoich przeciwników z nazwiska, tyle że określała ich mianem „elementów antysocjalistycznych” albo antysocjalistyczną, ale w żadnym razie prawicową, opozycją. I w zasadzie jej propagandziści mieli rację – jak się dowiedział student pierwszego roku filologii polskiej od drugiego studenta, fanatycznego kibica ŁKS-u – bo ci aktualnie zwalczani najzacieklej przez komunistyczną władzę przeciwnicy to w większości ich byli towarzysze albo przynajmniej osoby z pełnym przekonaniem opowiadające się za postępem, który jak wiadomo zawsze był oficjalnym bożkiem ideologii realnego socjalizmu. Ktoś naiwny mógłby wyciągnąć z tego wniosek, że komuniści na tym etapie walki klas okazali się wyjątkowo humanitarni dla swoich najprawdziwszych wrogów z prawicy, że ich oszczędzali. Z tym, że byłoby to miłosierdzie kata wobec swojej ofiary, polegające na nieodgrzebywaniu jej dawno zakopanych zwłok, by raz jeszcze przebić je osinowym kołkiem. W każdym razie ja od pewnego momentu już tak naiwny nie byłem, co w żadnym razie nie oznaczało jeszcze osiągnięcia jakiejkolwiek życiowej dojrzałości. D. uświadomił mi, że to, co zostało w Polsce po tradycyjnej prawicy, w czasie II wojny światowej tępionej ogniem i mieczem przez niemiecki narodowy socjalizm, w pierwszych latach PRL-u z takim samym zapałem było unicestwiane przez tzw. władzę ludową, co należy rozumieć jako sowiecką delegaturę i jej krajową agenturę. Później, gdy fizyczna eliminacja prawicowego diabła stała się faktem dokonanym, należało już tylko dbać o to, by unicestwić pamięć o nieboszczyku, by nie daj Boże trup nigdy nie został odkopany, z czym ostatecznie każdy rozsądny człowiek powinien się pogodzić, bo to bardzo brzydki widok no i cuchnie. I tu bezcenna okazała się pomoc dyspozycyjnej grupy postępowych intelektualistów, klasycznych pożytecznych idiotów, którzy w naturalny, właściwy sobie, sposób rozpoznali, co aktualnie piękne i warte zachwytu, a co godne wzgardy i zapomnienia. Oczywiście, sama władza kierowała się tu zgoła czymś innym niż poczucie estetyczne. Wychodziła ze słusznego założenia, że jeśli nie ma trupa, to nie ma sprawy – jeżeli jest, to chcąc nie chcąc trzeba ustalić czyje to zwłoki, kiedy, z jakiej przyczyny i w jakich okolicznościach nastąpił zgon.
Tak więc D. zaangażował się w, co tu dużo mówić, ryzykowne dzieło odgrzebywania trupa tradycyjnej polskiej prawicy - endecji, znienawidzonej przez wszelkiej maści lewicowców (zarówno tych z obozu władzy, jak i tych wiodących prym w opozycji). Sam studiował i propagował lektury autorów w Polsce powojennej nigdy niedrukowanych inieomawianych, a młodszemu pokoleniu zupełnie nie znanych. Było wiadomo, że poza aktywnym udziałem w głównym nurcie „Solidarności”, co w latach 1980/1981 było pewnym standardem, działał też w środowiskach uchodzących raczej za marginalne, o których publicznie niewiele wiedziano, które po części dystansowały się wobec solidarnościowych struktur. Potem był 13 grudnia i koniec zabawy w antykomunistyczną opozycję. Nastał czas ostatecznej próby charakteru i tylko nieliczni pozostali na placu boju – z wątpliwą nadzieją na zwycięstwo, za to z pewnością, że dokonany wybór wywróci ich całe dotychczasowe życie do góry nogami.
Co wybrał D.? Do końca nie wiem i nie jestem pewien. Ja, choć już nie naiwny, pozostałem niedojrzały. Z perspektywy stojącego z boku obserwatora wydarzeń wiedziałem tylko, że D. ma dostęp do różnych podziemnych wydawnictw, że wciąż angażuje się w jakieś tajemnicze nielegalne przedsięwzięcia, że wie o sytuacji w kraju więcej, niż przeciętny słuchacz Radia Wolna Europa.
Na pozór wszystko było po staremu. Spotykaliśmy się na uczelni kilka razy w tygodniu zdobywaliśmy zaliczenia, zdawaliśmy egzaminy. Oczywiście były rozmowy o polityce, była radość z europejskich sukcesów Widzewa i złośliwe pytania o listę osiągnięć ŁKS-u. Były wreszcie okazjonalne spotkania na kilku przyszkolnych boiskach i kopanie piłki. Na którymś kolejnym roku studiów, po skończonych wykładach szliśmy razem Piotrkowską zaglądając od księgarni do księgarni. Pora była mglistojesienna, zdaje się, listopadowa. Ku mojemu zaskoczeniu, ni z tego ni z owego D. oświadczył mi, że ma problemy – problemy z samym sobą. Wyciągnął przed siebie dłonie, by zademonstrować nerwowe drżenie rąk, którego nie był w stanie opanować. Zamiast mu współczuć, poczułem tylko bezradne zażenowanie.
D. w żadnym razie nie był typem nadwrażliwego peerelowskiego inteligenta, palącego mocnego papierosa za papierosem, pijącego namiętnie kawę w połowie wypełnionąfusami i zasadniczo gardzącego w ty samym stopniu szarym polskim życiem, co materialistycznymi marzeniami o bezproblemowej egzystencji w kolorowym dobrobycie. Obca mu była postawa rozczarowania światem, ludzkością czy społeczeństwem, prowadząca wielu na manowce trwałej apatii, a w najlepszym razie do rozpaczliwego poszukiwania zbawienia siebie i świata w literaturze, a zwłaszcza w poezji. Przeciwnie, twardo stąpał po ziemi, był życiowym i politycznym realistą z wyraźnym przechyłem w stronę cynizmu. Za całkiem naturalną dla niego reakcję na wiadomość o tym, że ktoś ma jakieś problemy emocjonalne uznałbym ironiczne popukanie się w czoło z komentarzem, że to dotyczy tylko frajerów. A tu takie wyznanie: D. i lęki egzystencjonalne – trudno było w to uwierzyć.
Weszliśmy do jednego z nielicznych wówczas w centrum Łodzi lokali zwanych, nie bardzo wiedzieć czemu, kawiarniami, bo kawy zwykle w nich się nie pijało. Znaleźliśmy się wewnątrz dość kameralnej sali. Panował tu półmrok rozświetlony reklamą najbardziej wówczas pożądanego krajowego piwa, o którego zamówieniu mogliśmy rzecz jasnajedynie pomarzyć. Zajęliśmy stolik gdzieś w kącie, a potem zamówiliśmy po butelce piwa z miejscowego browaru. D. po chwili pełnego boleści milczenia powrócił do przerwanego tematu. Opowiadał o swoich zdarzających się ostatnio wymuszonych spotkaniach z esbekami, o przeszukaniu w domu, o dziwnych telefonach po północy, wreszcie o pobiciu w trakcie przesłuchania na komendzie – miał dostać w twarz od typa, który chwilę wcześniej dyskutował z nim o politycznych poglądach Dmowskiego i powołując się na nie miał przekonywać D. do uznania racji stanu reprezentowanej przez władzę. W efekcie od jakiegoś czasu zauważa u siebie niepokojące objawy manii prześladowczej, w każdymobcym spotkanym na klatce schodowej podejrzewa tajniaka, w każdym miejscu poza domem po zmroku spodziewa się uderzenia w tył głowy. Do szału doprowadzała go niepewność, kto, kiedy i w jaki sposób go obserwuje. Wyraźnie wzburzony umilkł i drżącą dłonią ujął szklankę, by zaczerpnąć łyk piwa. Nieznacznie nachylił się w moją stronę i grymasem twarzy skierował moją uwagę na samotnego mężczyznę siedzącego przy ścianie dwa stoliki od nas. „To ten?”. Szepnąłem. Pokiwał twierdząco głową. Jego opowieści wysłuchałem w milczeniu, bezradnie dumając, co mógłbym mu zaproponować, jak mógłbym mu pomóc. Choć nie miałem wątpliwości, że zainteresowanie bezpieki jego osobą jest bardzo prawdopodobne, czy nawet oczywiste, do końca nie byłem jednak pewny, czy czegoś nie przejaskrawia, czy czegoś nie dodaje dla zaprezentowania siebie w roli „pełnoprawnej” ofiary reżimu. Samotny facet wskazany przez D. jako jego prześladowca siedział przodem do nas i faktycznie miał pełen przegląd sytuacji. Oczywiście nie zdradził się żadnym szczególnym zainteresowaniem naszą obecnością, po prostu siedział przy herbacie a może właśnie przy kawie. Jak na szpicla wyróżniał się rzadko spotykaną wówczas w moim mieście starannością ubioru – można by rzec nawet, sportową elegancją. Niebieskie markowe dżinsy, brązowa zamszowa kurtka a pod nią czarny wełniany półgolf, na przegubie lewej dłoni widoczny zegarek z ciemną tarczą na srebrnym metalowym pasku. W ogóle prezentował się bardzo dobrze: brunet o nienagannie przystrzyżonej i ułożonej fryzurze, niewątpliwie męski, ale i inteligentny wyraz twarzy, wysoki, dobrze zbudowany o wyraźnie wysportowanej sylwetce. Połączenie ambitnego doktoranta filozofii z odnoszącym sukcesy na olimpiadzie pięcioboistą. Rzecz nie tylko w tamtych czasach raczej rzadko spotykana. Z mojej perspektywy studenta polonistyki bez jakiegokolwiek stylu, a co gorsza bez pomysłu na siebie i na sensowne życie, wyglądał na przedstawiciela jakiejś obcej i wzbudzającej respekt pewnością siebie rasy. Tak, przede wszystkim był rasowy..., zwłaszcza to go wyróżniało tu w lokalu, i właściwie wszędzie indziej: na głównej ulicy i w całym tym nieszczęsnym mieście, gdzie odwrotną stroną nijakości była tylko bylejakość. Nie da się ukryć, że tam i wtedy to nie on, a ja byłem do bólu typowy. Przez jakiś czas od tego zdarzenia podobnie, jako przedstawicieli lepszej rasy, wyobrażałem sobie też innych funkcjonariuszy bezpieczeństwa. Wyobrażenie to, do czasu jego całkowitegozatarcia, zakłócał jedynie okazjonalnie prezentowany przez oficjalną propagandę wizerunek szefów wiadomego resortu, smętnych, siermiężnych osobników niczym nie odróżniających się od dyrektorów PGR-ów i socjalistycznych kombinatów metalurgicznych.
Wyglądało na to, że D. w jakiś sposób przezwyciężył swój kryzys, w każdym razie na pewno opanował drżenie rąk. Niewątpliwym przejawem jego wyjścia na prostą byłazłożona przed ołtarzem obietnica co najmniej rocznej rezygnacji z alkoholu. Imponował mi jego zapał i konsekwencja w samokształceniu. Studiował, nie wiadomo jak zdobyte, prace wyklętych - przez tych i owych - ojców założycieli narodowej demokracji. Uczestniczył, a czasami sam organizował, prywatne zajęcia z historii myśliprawicowo-konserwatywnej. Nie krył swoich ambitnych planów redagowania i wydawania poza zasięgiem cenzury swojego czasopisma. Atmosfera polityczna w schyłkowym PRL-u wyraźnie już zelżała i wydawało się, że władza gotowa jest tolerować niezależną myśl i słowo, zwłaszcza jeżeli koncentrowały się na rzeczach z pozoru mniej groźnych takich jak odkłamywanie historii, czy przedstawianie nieobecnych w świadomości polskiego inteligenta zachodnich trendów neokonserwatywnych.
Już wtedy zadziwiała mnie łatwość i naturalność, z jaką D., mimo wyrazistości swojego narodowego światopoglądu, jednoznacznie krytycznego wobec dominującego wówczas w ruchu solidarnościowym nurtu lewicowo-liberalnego, obracał się w tym właśnie środowisku, utrzymywał stosunki z ludźmi znanymi z całkiem odmiennych przekonań. Tłumaczyłem sobie, że to być może znak nowych czasów, bardziej otwartych, godzących, co kiedyś wydawało się niemożliwe do pogodzenia. Niewątpliwie pomagała mu jego pewność siebie i jakiś towarzyski urok, który pozwalał widzieć w nim przede wszystkim ciekawą osobę, wartościowego gościa, któremu o coś chodzi. Z perspektywy lat wygląda raczej na to, że na tamtym etapie rozwoju antykomunistycznej opozycji stare polskie podziały polityczne nie miały jeszcze tak istotnego znaczenia i z całą ostrością powróciły dopiero po jakimś czasie już w wolnej Polsce. Nie można też wykluczyć, że D. był prekursorem pewnej postawy, która później, już po przełomie, stała się zmorą i przekleństwem w polskim życiu publicznym. Mam na myśli wyłonienie się całej kasty ludzi w przedziwny sposób funkcjonujących w obiegu politycznym, a w każdym razie oficjalnym. Ci osobnicy, początkowo kojarzeni jednoznacznie z jakimś nurtem ideowym bądź z partią, uchodzący tam z jakichś powodów za specjalistów od czegoś, po jakiś zawirowaniach politycznych, zmianach rządzącej ekipy, nagle wypływali w zupełnie nowym otoczeniu, nieoczekiwanym układzie personalnym, urzędowym, czy biznesowym. Okazywało się, że wyraziste poglądy, owszem to bardzo ważna sprawa, ale jeszcze ważniejsza jest trudna sztuka zawierania kompromisów i dbania o swój interes, wyrażająca się w umiejętności odnajdowania się na kierowniczych stanowiskach w coraz to nowych dziedzinach życia społecznego. Inaczej mówiąc, chodzi o grupę fachowców od wszystkiego, a tak naprawdę, o mistrzów technologii sprawowanie szeroko pojętej władzy.




Komentarze
Pokaż komentarze