Jestem w trakcie lektury ostatniego numeru „Gazety Polskiej”. Generalnie mierżą mnie zbyt szybkie i zbyt łatwe próby wskazania przyczyn i winnych porażki naszego kandydata w wyborach prezydenckich. Absolutnie nie zgadzam się z tymi, którym w kampanii „zabrakło wątku katastrofy smoleńskiej”. Oczywiście, „otwarcie” na środowiska lewicowe w stylu „koniec postkomunizmu” i „Gierek nie był najgorszy” nic nie dały i dać nie mogły i zapewne lepiej byłoby sobie je odpuścić. Z drugiej jednak strony, choć odrobinę nadwyrężyły spiżowy wizerunek Jarosława „Niezłomnego”, na pewno nikogo nie zniechęciły do zagłosowania na niego. Jarek po prostu wziął to, co w tym momencie było do wzięcia. Podgrzewanie sprawy smoleńskiej w drugiej turze wyborów, poza doprowadzeniem opinii publicznej do temperatury wrzenia i natychmiastowym podważeniem wiarygodności budowanego po katastrofie wizerunku Jarosława „Łagodniejącego”, nic by nie dało, nie przekonałoby nikogo z licznego grona nieprzekonanych.
Osobno chciałbym się odnieść do tekstu p. Katarzyny Hejke, która w artykule „Ludzie z Krakowskiego Przedmieścia”, zarzucając sztabowi kandydata PiS-u „rozminięcie się z oczekiwaniami jego elektoratu” twierdzi, iż „Jarosław Kaczyński miał ogromną szansę na zwycięstwo. Większą niż jego śp. Brat pięć lat temu.” Otóż byłem w Krakowie w dniu pochówku Pary Prezydenckiej na Wawelu. Ani w trakcie tego wydarzenia, ani tuż po nim, wcale nie podzielałem przeczuć red. Hajke, że daje ono jakąś specjalnie mocną podstawę do przekonania o nieuchronnym zwycięstwie Jarosława Kaczyńskiego, czy szerzej IV RP. Gdy z biało-czerwoną dojechaliśmy do grodu Kraka na dwie godziny przed uroczystościami bez żadnych problemów udało się nam zaparkować samochód nie dalej niż 100 m od rynku – i to było pierwsze zaskoczenie. Nietrudno było się też zorientować, że zamiast spodziewanej milionowej rzeszy żałobników, na rynku i wokół niego zgromadziło się może 100-150 tyś. Przy bardziej wnikliwej obserwacji, ktoś potrafiący zachować trzeźwość spojrzenia, mógł też zauważyć, że ci, którzy są tu „dlaczegoś” pomieścili się w przestrzeni wokół Kościoła Mariackiego a reszta to w znacznej mierze widzowie, dla których (powiedzmy to wprost: zwłaszcza licznych młodych) pogrzeb był tylko nadzwyczajnym „eventem”, okazją do uczestniczenia w czymś sensacyjnym, bez głębszego moralnego przeżycia i zrozumienia historycznej sytuacji. I to wszystko w arcypolskim, konserwatywnym Krakowie, stolicy łaskawej dla PiS Małopolski.
Wierzcie, bądź nie – rozczarowanie, jakiemu daję tu wyraz, nie ma nic wspólnego z przegranymi wyborami. To tylko moje gorzkie refleksje z 17 kwietnia 2010, które nosiłem w sobie prawie trzy miesiące, a które znalazły swoje potwierdzenie w wyborczym wyroku większości głosujących Polaków. Z perspektywy czasu nie mam wątpliwości, iż na wielu, bardzo wielu Polakach, w tej liczbie wielu zgromadzonych na uroczystościach pogrzebowych w Krakowie, katastrofa smoleńska zrobiła dokładnie takie samo wrażenie, jak wyciek ropy naftowej ze zniszczonej platformy BP w Zatoce Meksykańskiej – była naprawdę strasznym wydarzeniem, które jednak niewiele ma z nimi wspólnego i w żaden sposób ich nie dotyczy.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)